Weekendowe bieganie

Biegowe szaleństwo, euforia i podskoki radości. W porządku, trochę przesadzam. W każdym razie jest dobrze, biegać się chce, dystans się zwiększa, nowe trasy też są. Sobota aż kusiła pięknym słońcem i grzechem by było nie pobiegać (szczególnie po dwóch dniach przerwy). Niestety (albo i, w efekcie finalnym, stety) moja orientacja w miejskiej dżungli czasem zawodzi i po przebiegnięciu ‘ulepszonej’ trasy osiedlowej, znalazłam się niepokojąco szybko w okolicach domu. Nie wypadało wracać tak szybko, więc postanowiłam zwiedzić teren raczej dziki niż znajomy. Cóż się jednak okazało, gdy zaczęłam zbiegać po schodach w kierunku ogródków działkowych… zaczęły się z krzaczorów wyłaniać dziwne typy. Oczywiście znów trochę przesadzam i dramatyzuję, typ wyłonił się tylko jeden. Jeden wystarczył – z nieodłączną butelką, wielodniowym zarostem i czymś niesprecyzowanym w spojrzeniu – żebym zwiększyła tempo o co najmniej dwie minuty na kilometr. Po chwili zorientowałam się, że jestem w dzielnicy Gdańska, o której zawsze mówię, że za nic nie chciałabym tam mieszkać, bo jest tak strasznie, niebezpiecznie, i „w ogóle okropnie” – oczywiście opinie te głoszę z samochodu. No to znów trzeba było przyspieszyć, bo za każdą obdrapaną ścianą budynków mógł przecież się ktoś czaić i chcieć zapakować mnie w worek i wrzucić do jednego z brudnych kubłów na śmieci.

[To wszystko to oczywiście moja paranoja, Gdańsk jest piękny i bezpieczny, a ja wcale nie miałam zamiaru odstraszyć tych wszystkich, którzy odwiedzać będą Trójmiasto w czerwcu z okazji o-rety-rety-Euro]

W każdym razie – przebiegłam ładne 6,3km. Dokonałam też może mało odkrywczego spostrzeżenia, ale i tak się podzielę – na nic głośne ‘przepraszam!’, znaczące ‘khm-khm’, czy ‘uwaga!’ – to na zajętych kontemplowaniem rzeczywistości przechodniach nie robi wrażenia. Natomiast sapanie – o, tak, sapanie! To jest coś. Wystarczy tylko zbliżyć się do ich pleców dysząc i sapiąc – efekt murowany. Dosłownie murowany, zdarza się i tak.

Niedziela teoretycznie miała być dniem przerwy, jednak gdy okazało się, że familia wybiera się na spacer nadmorski, nie mogłam nie skorzystać i nie wskoczyć do auta. Co prawda trasa Brzeźno-Sopot w południe, w niedzielę i to słoneczną, to trochę szaleństwo, ale sprawdziłam i da się biegać. Co prawda trochę slalomem… ale da się. Zrobiłam niecałe 4km do tabliczki Sopot i po porządnym rozciąganiu (teraz pilnuję tego bardzo), zdjęłam buty i poszłam na plażę. To teraz bez zbędnej kwiecistości – piasek, woda, całkiem zacne fale, najprzyjemniejszy chłód. Spacer brzegiem morza –  plaża na szczęście nie była tak zatłoczona, jak ścieżka nadmorska – fantastyczna sprawa. Polecam bardzo. Mieszkanie nad morzem fajne jest.

Advertisements

4 thoughts on “Weekendowe bieganie

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s