Warszawa

Melduję się ze stolicy. Warszawa niestety nie zachwyca latem. Wczoraj, po kilku godzinach jazdy Polskim Busem (latem serwują lody jako poczęstunek! kto by się spodziewał..) przy dobrze podkręconej klimatyzacji, Warszawa uderzyła mnie falą gorąca i miękkim asfaltem. Nie było nawet mowy o bieganiu, musiałam się zainstalować w mieszkaniu i przygotować na pierwszy dzień praktyk. Przełamałam się też i zajrzałam do Strefy Kibica, ale niestety, pozytywnych wrażeń brak. Przepychanki, rasistowskie komentarze, co rusz rozlewające się piwo, a przede wszystkim trudność z ogarnięciem wzrokiem całego ekranu (o ile nie mierzyło się przynajmniej 180 cm).

Dzisiaj do Warszawy przyjechał A., więc za godzinę, gdy temperatura stanie się znośna, pójdziemy biegać. Prawdopodobnie na Polu Mokotowskim, bo mam dość Warszawy asfaltowo-betonowej. Na szczęście-nieszczęście mieszkam w centrum, więc jeśli zechcę do Pola dobiec, to koniecznością będzie przedzieranie się przez Aleje. Zobaczymy. W każdym razie mam nadzieję na jakieś 8km.

Trochę bolą mnie szarpane ostatnie statystyki na run-logu, jednak pocieszam się, że to, że nie biegałam, nie znaczy, że leżałam plackiem. Były inne sportowe atrakcje, w tym przeprzyjemna przejażdżka rowerowa z M. z gdańskiej Starówki nad morze. Ścieżki rowerowe w Gdańsku są naprawdę godne polecenia, ani się obejrzałam, przemknęliśmy przez Wrzeszcz i Oliwę. W Brzeźnie doznałam niewielkiego, ale szoku – że to już “sezon”. No faktycznie, sezon… kolorowe budy i dochodzące z trzeszczących głośników “Daj mi tę noc” skutecznie nas odstraszyło i pojechaliśmy dalej – do Brzeźna właściwego, za molo, w stronę portu, gdzie było o wiele bardziej kameralnie. W planach była kąpiel w morzu (jeszcze bardzo zimnym), ale gdy pobiegłam ocenić temperaturę, odstraszyły mnie paskudztwa pływające przy brzegu – bez problemu weszlabym do wody nawet o kilka stopni zimniejszej, ale wizja wysypki i innych alergii po takiej kąpieli skutecznie mnie odstraszyła. Tym niemniej, ponad 26km przejechane, słońce chwyciło, nogi coś poczuły (trudno, żeby nie poczuły, jeśli jedzie się na rower z kimś dwa razy większym i pięć razy silniejszym, kto z szelmowskim uśmiechem pyta co skrzyżowanie, czy na pewno daję radę). Pamiętam, jak fantastycznie się czułam i jak myślałam, że sport to najwspanialsza rzecz na świecie. Siedząc w domu, czułam piasek na nogach i ten specyficzny, nadmorski zapach i skórę przesiąkniętą morską bryzą. Jaki okrutny kontrast z Warszawą…

Nic to, spróbuję dać stolicy szansę, za godzinę bieganie 🙂

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s