Z krainy słońcem i winem płynącej…

No to jestem sobie tu. W ciepłej, słonecznej Italii. Serio, słońce nieźle daje. Z przerwą trzydniową – już myślałam, że to apokalipsa jaka, czy co. No bo jak to, słońcobrak tu? Spokojnie, już wróciło. Dzisiaj tak przygrzało, że wyciągnęłam z czeluści szuflady krem do opalania. Kto wie, czy to nie wina słońca i jego wpływ na moją głowę, ale… decision made. W lutym półmaraton (Czyjawiemcorobię? Nie wiem.), a za rok… ehem… trollolollo, może maraton (Bo tak opisała swój start, że każdemu by się zachciało pobiec)? Z tym drugim muszę się jeszcze przespać, ale połówka to na pewno. Znalazłam nawet konkretny bieg… 17 lutego w Weronie (o amorrrre…) jest półmaraton o, uwaga uwaga, nazwie: Giulietta & Romeo Half Marathon. Tak właśnie. Nie wybaczyłabym sobie, gdybym nie spróbowała. Ale, ale. Półmaraton to już coś i wymaga planu, poza tym znudziło mi się już bezmyślne tuptanie i brak progresu. Jest plan. Od wczoraj realizowany. Bieganie cztery razy w tygodniu: wtorek (wczoraj było 6 km, i zasadniczo ten trening ma zawierać podbiegi – no to popodbiegałam trochę i pozbiegałam lekko…), czwartek (trochę dłuższy bieg), sobota i niedziela (długie wybieganie). Ten tydzień to odpowiednio 6, 8, 8 i 10 km. Największy tygodniowy dystans to 45 km w siódmym tygodniu. Cały plan tygodni ma dziewięć, jak nietrudno policzyć, do 17 lutego jest znacznie więcej czasu. Dlatego jako żem sprytna bestia (albo i nie, poradźcie, doświadczeni biegacze, czy dobrze wykombinowałam) znalazłam kolejny plan (bo ten to tak wstępniak pod pierwszy półmaraton) trochę bardziej wymagający. Idealnie pasuje, żeby się za niego wziąć zaraz po zakończeniu pierwszego planu i trafić w bieg w Weronie.

Biegowo w słuchawkach co żwawsze utwory Bena Howarda na rozgrzewkę, Kings of Leon „I want you”, Tracy Chapman (średnio raz w roku sobie o niej przypominam), Cut Copy, szmatławe disko typu partyparty na mocne interwały, Niemen na motywowanie się do Maratonu Warszawskiego za rok podczas długich wybiegań. Poza tym – co ipod zapoda. A jak tu się biega? No kurczę, parno jest jak nie wiem co. Muszę chyba wychodzić o 7 biegać, bo o 9 to już nie do zniesienia. To znaczy, do zniesienia, ale przez trzy kilometry. A gdzie dziesięć i więcej? Zresztą, zaczęłam zajęcia i 9 to i tak za późno, więc bez marudzenia – jutro wychodzę o 7. No, może 7.15 😉 Oprócz tego, że parno (i porno;)), to biega się… miło. W sensie – miło popatrzeć. Biegają panie, biegają panowie. Może nie tak masowo (pracując w PAP-ie zwrócono mi swego czasu uwagę na niewłaściwe użycie tego słowa, ale pal sześć, naprawdę mam na myśli „masowo”), jak w Londynie, ale też miasto jest kilkanaście (kilkadziesiąt?) razy mniejsze. W każdym razie, w „moim” parku (więcej na jego temat tu KLIK) śmigają piękne łydeczki przyodziane w krótkie spodeneczki, więc na brak doznań estetycznych nie narzekam.

Advertisements

7 thoughts on “Z krainy słońcem i winem płynącej…

  1. A nie lepiej zamiast sobotniego długiego, jakieś interwały w tygodniu? Dwa dni na długie wybiegania, i to dzień po dniu, trochę dziwne… Oczywiście, wszystko jest do przebiegnięcia 🙂

    • zobaczymy po pierwszym tygodniu, jak to zadziała. nie mam przy sobie kartki z planem, ale z tego co pamiętam to w kolejnych tygodniach w sobotę jest ok. 5 km a w niedzielę to długie. sprawdzę to jeszcze i w razie czego zweryfikuję… przecież nie chcę się zajechać 😛

  2. Słońce, wino, łydki… I do tego taki romantyczny półmaraton! Super, że się zdecydowałaś na półówkę, a do lutego przygotujesz się, że hoho! Też myślę (jak kgb), że warto coś dodać z interwałami, zamulić Cię może strasznie takie człapanie. A interwały straszne, ale skuteczne.

  3. Ja po pierwszym treningu interwałowym ledwo sapiąc myślałam “chrzanię to!”, po tygodniu mi przeszło i zapodałam kolejny wynikający z planu interwał. Nie było i nie jest łatwiej, boli, ale myślę, że w moim przypadku to interwały przyniosły duże postępy w krótkim czasie. Także do dzieła 🙂 O tym jak otoczenia, opalonych łydek i nie tylko zazdroszczę nie musze wspominać 😉

    • 🙂 no czuję się coraz bardziej zmotywowana!
      co do słońca – żeby nie było tak różowo – grzeje porządnie od 9 rano, nic tylko wystawić kończyny, a ja kwitnę w bibliotece nad książkami… 😉

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s