Spadające gałęzie, Jehowi i ginące bandaże. W biegu.

To dopiero tydzień realizowania planu pod półmaraton, a ja już wkręcona, nakręcona i rozkręcona. Chyba lubię plany i lubię sobie odhaczać wykonane treningi. Minimalnie zmodyfikowałam plan – teraz w każdy wtorek będą interwały, co drugi czwartek podbiegi, sobota kilka kilometrów i długie w niedzielę. Wczoraj było “długie” 10 km – ale jak dla mnie, to naprawdę długie, bo dawno tyle za jednym zamachem (?) nie biegałam. Ale. Zawzięłam się i przebiegłam. W sumie to nawet dobrze się tuptało. Byłoby bardzo dobrze, tylko że nie przewidziałam, że największe, palące słońce będzie o 16.oo. Przecież powinno być w południe. Tja… chyba w Polsce. Tyle dobrego, że założyłam krótkie spodenki i przez całe 10 km pocieszałam się, że owszem, padnę i nie powstanę, ale gruzińska opalenizna zostanie uratowana. Krótkie spodenki mają jednak ten minus, że w pewnym momencie (czyt. po 5 km) nogi zaczynają się nieprzyjemnie obcierać… bardzo nieprzyjemnie a wręcz boleśnie. Przewidziałam to (no wyżyny sprytu w to niedzielne popołudnie osiągnęłam) i zabrałam ze sobą talk (skoro już butelkę wody dźwigałam, to było wszystko jedno, co mi tam się majta w saszetce). W praktyce wyglądało to tak, że kilka razy przechodziłam do marszu, żeby talk zaaplikować, a po mniej niż pięćdziesięciu metrach stwierdzałam, że “już nie działa”. Jakby tego było mało, zgubiłam bandaż. Tak, bandaż też wzięłam. Nie, nie przewidywałam kontuzji. Bandaż służył do wypełnienia miejsca na butelkę, żeby się owa butelka nie telepała (mówiłam, że wyżyny sprytu..?). I ten głupi bandaż mi… no nie wiem, wypadł? Przez godzinę biegałam na tym samym odcinku, w którymś momencie wyciągnęłam butelkę z wodą, chowam butelkę, butelka się telepie… bandaż wyparował. Zniknął w niebycie, nie wiem. Prosty odcinek, pokonałam w tym czasie kilkadziesiąt metrów, nikogo na ścieżce. Czary-mary, nie ma.

Z innych atrakcji okołobiegowych: kilka dni temu spadła mi na głowę gałąź. Nie, nie “sama z siebie”. Biegnę ja sobie radośnie, zbliżam się do bramy parku, przy której rośnie drzewo gigant-mutant, pod drzewem jakiś pan coś majstruje na wysięgniku, cała akcja trwa może ze dwie sekundy, pan patrzy się na mnie, uśmiecha się (!), ja chcę się oduśmiechnąć, ale w tym momencie spada na mnie gałąź. Chyba tylko instynkt i intuicja sprawiły, że zdążyłam wyciągnąć rękę i osłonić głowę. W szoku nawet się nie zatrzymałam, tylko biegłam jeszcze dobrych kilkadziesiąt metrów.

Oraz, scenka ostatnia. Przedwczoraj. Bieganie poranne (już wracałam, więc było około 8-9), zdyszana, spocona i zapewne mocno czerwona na twarzy, skupiam myśli na chłodnym prysznicu czekającym mnie za kilkanaście minut. Wtem na horyzoncie pojawia się eleganckie małżeństwo. Myślę sobie “o jak to słodko i uroczo, starsi ludzie, poranny spacer, love is in the air” i inne takie. Akurat zwolniłam, państwo zbliżyli się do mnie i… zagadują. Najpierw jakieś uwagi o pogodzie i pięknym dniu (co przy włoskiej wylewności nie zdziwiło mnie specjalnie), po chwili jednak wyciągają ulotki i mini-książeczkę i z potoku słów wylewanych przez miłą panią wyłapuję powtarzające się “Gesu Christo” i coś o zbawieniu. Uważniejsze spojrzenie na książeczkę… no tak, Jehowi. Mówię, że nie jestem zainteresowana (cud, że udało mi się coś powiedzieć) i chcę biec dalej. Pani jednak naciska i tłumaczy, że to ważne, bo koniec jest blisko. W końcu powiedziałam, że “non parlo bene l’italiano” i “non capisco”, przebiłam się przez mur utworzony przez parę i uciekłam. Następnego dnia wchodzę rano do kuchni, siadam z kawą przy stole a tam… ‘Strażnica’. Pytam się mojej współlokatorki, dlaczego to przyniosła do domu, a ona że “jakaś kobieta dała jej to na ulicy, to wzięła”. No tak.

Jutro interwały i wycisnę z nich ile się da. A będzie tak, bo jestem bardzo zła, bo miałam za kilka tygodni jechać tu – klik. A nie jadę. No.

Advertisements

6 thoughts on “Spadające gałęzie, Jehowi i ginące bandaże. W biegu.

  1. Ewa, widzę, że startujemy z podobnej formy. Póki co biegam sobie a muzom, a w weekendy powoli znowu 2-cyfrowe dystanse.

    co do spodenek – to może pora w nowe zainwestowac niz sie w biegu stresować?;)

    • ale to są moje ukochane spodenki! ładniutkie takie 😀 mam zamiar biegać w 3/4 dłuższe wybiegania, a sobotnie do 5km w krótkich 😉 Zresztą, pogoda zweryfikuje to pewnie i niedługo będę musiała regularnie biegać w 3/4 a może nawet w getrach, bo Włochy Włochami, ale tu też pewnie jakies ochłodzenie przyjdzie 🙂

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s