Misz-masz

Tyle tego i wszystko z innej parafii, że nie będę nawet próbowała płynnie przejść od tematu do tematu.

1. Tadam, tadam, tudum! Ja wiem, że teraz na co drugim blogu relacja z Maratonu Poznańskiego (i dobrze, bo czytanie o tym, jak pokonywaliście 42,195 to niezłe źródło motywacji, i w ogóle jesteście najlepsi i podziwiam i gratuluję każdemu z osobna), ale ja tu mam swój mały prywatny sukces. Sukces miał miejsce w niedzielę, kiedy to kończyłam drugi tydzień planu pod półmaraton. Dzień wcześniej, w sobotę, przebiegłam lekkie 6 km, ale na myśl o niedzielnych 12 robiło mi się słabo. No bo jak to, tak zupełnie ciągły bieg, żadnego zatrzymywania-ściemniania, żadnych świateł (biegam teraz po sporym parku, do którego dobiegam pokonując jedno przejście, które jakoś zawsze jest wolne), yyy… no chyba ktoś na głowę upadł. Pomyślałam jednak o poznańskich maratończykach, którzy kilka godzin wcześniej ukończyli swój bieg i stwierdziłam, że skoro kilka tysięcy osób przebiegło królewski dystans, to wstyd biadolić nad 12 kilometrami. Jak pomyślałam, tak uczyniłam i po 18.oo wybiegłam z domu. Najpierw bardzo wolno, no bo oborzedwanaściekilometrówktośbędziemniezeskrobywałzchodnika, po 5 km miałam trochę dość, ale przesłuchałam trzy razy pod rząd ‘Sex on Fire’ Kingsów i coś zaskoczyło. Gdy garmin pokazał 8 km, ku swemu wielkiemu zdziwieniu stwierdziłam, że mam ochotę przyspieszyć, nóżki chodzą jak maszyna i załapałam rytm. Tja, po 8 km. W każdym razie, z 6:30-40 wskoczyłam na 6:10-15 i tak pociągnęłam do końca. I chciałam więcej! Opamiętałam się jednak – plan każe, plan się realizuje. Poza tym zrobiło się ciemno i pusto, co w przypadku biegania w parku do najprzyjemniejszych nie należy, gdy nie ma się obok postawnego bodyguarda. A, jakoś tak wyszło, że po tej 12-tce na biegowym liczniku wybiło równo 500 km 🙂

2. Wczoraj plan-wyrocznia nakazał 8 km. Cały dzień na zajęciach myślałam, jak bardzo chcę pobiegać i jak lekko i cudownie będzie mi się biegło. Wróciłam do domu o 17.oo, nieziemsko głodna. Wydawało mi się, że grzanka z pesto i suszonymi pomidorami będzie lekką przekąską. Błąd. Pół godziny później miałam tego bardzo pożałować. Może gdybym trochę poczekała… ale jak tu czekać, kiedy o 18.oo robi się szarawo? Pobiegłam. Po niecałych 2 km miałam dość, postanowiłam dotruchtać do 3, zrobić interwały i wrócić do domu. O dziwo, 8x120m śmigało się całkiem nieźle. Potem jednak znowu ciężki żołądek i przeklinanie, na czym świat stoi. “No ale przecież nie wypada mniej niż 5 km, nie marudź i biegnij, choć 5 dla przyzwoitości”. 5.40… hm… to moze do 6… to jeszcze do końca tej piosenki… 6.60…. w sumie, to juz tak niewiele do 8… ale nie, 7 starczy… czy ja zwariowałam, rezygnowac majac 1km do zrobienia? O proszę, jest 8! 😉

3. Po niedzielnej 12-tce odebrałam smsa od znajomej, która ukończyła “20 km de Paris” (przez kilka miesięcy przygotowując się do tego biegu była przekonana, że biegnie w półmaratonie ;)): “Ewaaaa dobiegłam, 1.57!!”. Niezwłocznie (no prawie, priorytetem był jednak prysznic) zabrałam się do składania gratulacji w formie telefonicznej oraz fejsbukowej. W pewnym momencie zeszło na dalsze biegowe plany… na moją sugestię, że teraz to chyba czas pomyśleć o maratonie, usłyszałam: “w życiu nie przebiegne maratonu!”. Zamurowało mnie. Rozumiem, że ktoś zaczyna biegać, maraton wydaje się abstrakcją, zresztą pewnie tak jest do momentu przekroczenia mety takiego biegu, ale… dla mnie maraton może być abstrakcją, ale tak bardzo bardzo chcę go przebiec za jakiś czas (w zależności od wyniku w pierwszej połówce), że choć obecnie to nierealne, to chyba codziennie na głos albo w głowie mówię sobie “przebiegnę maraton”. A, obejrzałam ‘Spirit of the Marathon’ i chcę jeszcze bardziej. Chcę, chcę, chcę. No ale, ile osób, tyle “podejść”. Od tej samej znajomej usłyszałam też, że gdyby nie to, że biegła z chłopakiem i dwójką innych znajomych, to by nie dała rady sama, że razem lepiej bla bla bla… Ja uwielbiam w bieganiu samotność właśnie, choć kibiców na trasie bardzo bym mieć chciała i tego będzie mi w Weronie brakowało. Ale bieg-bieg… sama. M. powiedział mi ostatnio, że jestem aspołeczna i może coś w tym jest – nawet wiem co. Lubię ludzi, ale w kontrolowanych dawkach. Bryluję w małych grupkach, a już najlepiej to w interakcjach twarzą w twarz, nawet z nowo poznanymi osobami. Szybko wciągam się w rozmowę z nieznajomymi w podróży i czasem takie znajomości kontynuuję, dobrze czuję się w towarzystwie ludzi starszych od siebie, a także wśród ludzi, także w większych grupach, z którymi dzielę jakąś pasję i czuję się pewnie. Dlatego zakładam, że na imprezach biegowych nie dostanę ataku paniki 😉

4. ‘Dreams Today’ z najnowszej płyty Efterklang to utwór tak uniwersalny, że orety. Do nicnierobienia. Do nauki (reformy z początku lat 90. mam w małym paluszku po sesji naukowej z Efterklangiem w słuchawkach). Do biegania. Jak przy tym fajnie się tupta! Polecam. A na vimeo jest fajowy filmik pokazujący, jak nagrywali płytę w dalekiej Rosji. Czad.

5. Bo napisała o crossie. Że taki fajny i w ogóle najlepszy. To ja się do czegoś przyznam. Bo mnie też ciągnie w teren i od jakiegoś czasu myślałam, żeby sobie butki trailowe sprawić. Oczywiście jestem spłukana, więc butki pozostawały w zasięgu marzeń i to tych dalszych. Pewnego dnia (kiedy już byłam we Włoszech) pojawiła się możliwość zakupienia butków bardzo tanio. Kruczek był taki, że bez mierzenia. Kto kupuje buty, w dodatku biegowe (ale tak naprawdę każde) bez mierzenia, powiecie. No wiem. Też bym tak powiedziała. Nananana… kupiłam. Przywędrowały do mnie dziś w paczce z Gdańska. Trochę się denerwowałam, wyciągając je spod szalików i pościeli, bo kilka dni wcześniej na moje “i co, fajne te buty, takie terenowe?” moja mama napisała “no wiesz, takie adidasy”. Na szczęście, żadne tam adidasy. Asicsy śmigacze, po wstępnym przymierzeniu chyba dobre, ale teren pokaże. Być może całkiem niedługo, bo jeśli dobrze pójdzie, to ostatni weekend października spędzę w górach i może gdzieś pomiędzy wchodzeniem na Monte Cimone a leżeniem przed kominkiem wybiorę się na małe bieganko.

Advertisements

8 thoughts on “Misz-masz

  1. Przeanalizujmy. Nowe bucie (które nie są potrzebne na ASAP), myślenie o bieganiu na zajęciach, planowanie biegania podczas wypadu na weekend w góry, “Spirit of the marathon”, postępy i podkręcanie śrubki, gdy wydaje się, że się na da… Ewa, sprawa wygląda bardzo poważnie! I faktycznie grozi ukończeniem maratonu.

  2. Jak już teraz robisz 12 km bez problemu to półmaraton mogłabyś spokojnie przebiec za 2 a nie 4 miesiące 🙂 Moje najdłuższe wybieganie przed półmaratonem wynosiło 17 km (a i tak to był bieg z przerwą). A półmaraton przebiegłem na luzie i w żadnym wypadku nie brakowało energii na końcówce.

    • pewnie masz rację, i szczerze mówiąc, z moją ambicją pewnie bym tak zrobiła… gdyby tylko jakiś półmaraton był w za 2 m-ce 🙂 Mam natomiast zamiar rozwalić ten za 4 i zrobić dobry debiut. No i sam bieg jaki fajny – w Weronie, zaraz po Walentynkach, Giulietta & Romeo Half Marathon – fajnie będzie tam zadebiutować :))

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s