Z mrocznej otchłani (albo ‘Po tygodniowej przerwie’)

“Jezu, ale sielanka biegowa… No napisz, że Cię boli, że Ci się nie chce, bo za chwilę biegać zacznie 40 milionów Polaków, i Włosi też, i co gorsza – Ruskie, a jak do nas przybiegną to może być kiepsko” – taki to komentarz kgb zostawił pod moim poprzednim wpisem. Spokojnie, Ruskie nie przybiegną. Dzień później wszystko poleciało na łeb, na szyję. W sensie plan poleciał. A mnie pokarało – przeziębieniem, rozmemłaniem, wyjazdem (to może kara nie była, ale wyjazd spowodował przedłużenie przerwy od biegania). Zresztą, słupki na run-logu mówią same za siebie:

Po czwartkowej euforii w sobotę nie było już śladu. To znaczy ślad był, ale zagłuszany przez gorączkowe majaczenie (“spokoooojnie, dzisiaj nie pójdziesz biegać, ale jutro zrobisz to swoje wyczekiwane długie wybieganie”). W niedzielę nadal miałam temperaturę, chodziłam naćpana jakimiś coldrexami i innymi pigułkami chorobowego (nie)szczęścia i zbierałam z podłogi resztki jasności umysłu, żeby ogarnąć uczelniane życie i być w stanie funkcjonować na spotkaniu z ludźmi ze studiów i przygotować prezentację. W poniedziałek byłam względnie zdrowa, nie wytrzymałam i po zajęciach wyrwałam się na nieco ponad 5 kilometrów po moim parkolesie. Mroooźne powietrze, ale chyba mi nie zaszkodziło, czułam jednak osłabienie pochorobowe. Wtorek i środa pociągania nosem i niechktośzatrzymaczas, w czwartek rano już wskakiwałam w pociąg do Bolonii (po co i dlaczego – tu). Wróciłam późnym wieczorem w sobotę. Tak to się popisowo roz…walił mój plan treningowy. Płacz i zgrzytanie zębów.

Jak wiadomo, lepiej być fighterem niż beksą ;-), dlatego w niedzielę odziałam się adekwatnie do warunków pogodowych i ruszyłam w las. Miało być znów pięć z kawałkiem (bo przerwa, bo szybko się ściemnia…), wyszło z kawałkiem, ale siedem, a mi było znów tak dobrze i szczęśliwie. Tempo trochę gorsze niż przed przerwą, ale też trasa miała kilka solidnych podbiegów. Nie ma co się załamywać, do półmaratonu jeszcze dużo czasu, nadrobię. Jutro dziesiątka z rana. Karaluchy pod poduchy, sen – ważna rzecz.

Advertisements

3 thoughts on “Z mrocznej otchłani (albo ‘Po tygodniowej przerwie’)

  1. Czasem lepiej być beksą. Wtedy wszyscy pocieszają 😉 Najważniejsze jednak, że determinacja jest. Werona będzie Twoja! A potem pewnie coś więcej 😉

  2. Masz dobre podejście:) “Nie ma co się załamywać…” “nadrobię..” pozytywne nastawienie to połowa sukcesu! pozdrówka:)

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s