Kontuzjom mówimy ‘nie’

Zbierałam się do tego wpisu długo i nie wiedziałam, z której strony “ugryźć” temat. Będzie więc najprościej i bez kombinowania. Od dwóch tygodni nie biegam. Nie z lenistwa – tego problemu nie mam; jeśli pojawia się moment “nie chce mi się” (jeśli chodzi o sport, bo w innych kwestiach różnie to bywa ;)), szybko przypominam sobie o osobach na wózkach, które mijam podczas prawie każdego wybiegania. Zawsze w takich momentach myślę sobie, jakie mam szczęście i jak coś, co dla mnie jest oczywiste – możliwość samodzielnego przebierania nogami – jest dla kogoś marzeniem. Absurdalne wtedy wydaje mi się narzekanie na ciężki trening. Przecież to nie kara… Nie z lenistwa więc nie biegałam. Również nie z braku czasu. To jest wymówka, która dla mnie nie istnieje. Owszem, zdarza się, że faktycznie “nie ma czasu”. Rzadko bo rzadko, ale się zdarza. Nie ma dramatu. Ogólnie jednak wychodzę z założenia, że jeśli mam czas na różne “drobiazgi”, to i na trening się czas znajdzie. Nawet kosztem trochę krótszego snu. Może krótszego, ale głębszego i bardziej regenerującego, niż po godzinnym przewracaniu się z boku na bok. Co więc się stało? Ano, kontuzja się stała. Przemek zaczął właśnie serię wpisów “Gdybym jeszcze raz zaczynał(a) biegać”, są już pierwsze wypowiedzi biegaczy-blogaczy odpowiadających na pytanie “Co bym zrobił (czego bym nie zrobił) gdybym cofnął się w czasie i znów zaczynał biegać? Jakbym zmienił swoje bieganie?”. Nie będę tu powtarzać tego, co napisałam w odpowiedzi na maila Przemka, bo pewnie niedługo i moja odpowiedź pojawi się w którymś z kolejnych wpisów. Ma się to jednak tak do mojego biegania i obecnej sytuacji, że teraz jestem trochę mądrzejsza niż późną wiosną i dmucham na zimne. Pisałam ostatnio o (pseudo)romantycznej akcji podczas biegania. Nie wchodząc w szczegóły, skończyło się to dosyć niefajnie, bo wystraszyłam się biegania moją “trailową” trasą. Bo las (to za dużo powiedziane, ale też więcej niż kilka drzew), bo krzaki, bo wysoka trzcina, bo puste polne ścieżki, bo krzaczory raz jescze i rowy z boku. Ludzie tam biegają, ale wiele razy przez kilka-kilkanaście minut nie widziałam nikogo na mojej trasie, a nagle zza zakrętu wychodził jakiś duży mężczyzna no i ja się zwyczajnie takich sytuacji boję. Są co najmniej niekomfortowe. Od M. usłyszałam “To nie możesz biegać z kimś? Byłoby bezpieczniej…”. Nie mogę. Moi znajomi tu nie biegają (i ogólnie większość sportów ich gryzie… co jest dla mnie niepojęte, jak słyszę “wiesz Ewa, ja po jednym dniu tu już nie mogę, wszędzie pieszo, mam takie zakwasy od chodzenia po mieście, w Warszawie mam auto i wszędzie nim jeżdżę”, powiedziane bez cienia zażenowania, to ręce mi opadają). Moje współlokatorki patrzą na mnie jak na wariatkę, kiedy opatulone pięcioma swetrami wchodzą do kuchni zjeść śniadanie w południe a ja wracam zgrzana z treningu. No i jeszcze hit z niedawnej imprezy: wchodzę z kolegą do klubu/baru, rozglądam się po nowym dla mnie miejscu…
Ewa: Wow, fajnie tu, i tak dużo miejsca!
Kolega: No tak, nie byłaś tu nigdy?
E: Nie, pierwszy raz jestem.
K: A, bo ty z domu nie wychodzisz.
E: ???
K: No nie, przepraszam, wychodzisz… biegać.
Pozostawię to bez komentarza. Czasem bardzo mi brakuje moich “normalnych” znajomych. Tych, z którymi mogę się wdrapywać na najbardziej strome góry, kąpać w lodowatym morzu, śmiać się z ubłoconych spodni po rozjechaniu największej kałuży. Tych, którzy nawet jeśli sami nie biegają, to kochają sport w innej formie i nawzajem się nakręcamy, motywujemy i inspirujemy.
Zboczyłam z tematu. W związku z moimi obiekcjami co do biegania po “lasku”, postanowiłam na jakiś czas wrócić na parkowe ścieżki. Brukowane. Lub inaczej twarde. Najmądrzejsze to nie było, szczególnie robienie interwałów na takiej nawierzchni. Po kilku dniach zaczęło boleć mnie kolano. Zignorowałam to, poszłam na kolejny trening, ale ból nie ustępował. Owszem, po “rozbieganiu” było w miarę w porządku, ale po zakończeniu biegu ból się nasilał. Poczytałam, przewertowałam internety i… najbliżej objawom było do zespołu tarcia biodrowo-piszczelowego. Paskudztwo. “Na szczęście” ból był owszem, odczuwalny, ale jeszcze bardzo delikatny. Na chodzenie po włoskich ortopedach nie mam pieniędzy ani zaufania (poza tym nawet lekarze nie są zbyt chętni, żeby rozmawiać po angielsku, a ja po włosku nie wytłumaczę czegoś takiego).
Postanowiłam odstawić bieganie i skupić się na zestawach treningowych Ewy Chodakowskiej (zabrałam się za jej ćwiczenia jeszcze kilka dni przed pojawieniem się bólu w kolanie). Półmaraton w Weronie, na który jestem zapisana, jest 17 lutego. Stwierdziłam, że lepiej zrobić sobie przerwę teraz niż udawać, że nie ma problemu i obciążać kolano. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Teraz kolano nie boli w ogóle (dmuchamyyyy!) i jutro mam zamiar wyjść na chwilę się przebiec – po “trailowej” trasie, rano, przed zajęciami, kiedy mam nadzieję, że żadnych bandziorów nie spotkam. I tak po troszeczku, co drugi dzień chcę przypomnieć nogom, co to znaczy biegać. A od połowy grudnia dwumiesięczny plan pod półmaraton – plan nie na konkretny czas, ale na przebiegnięcie. Mam nadzieję, że jakoś to się ułoży i jedyne, co dopuszczam jako powód, który mógłby postawić mój start w tym biegu pod znakiem zapytania, to wymarzony wyjazd na szkolenie do mojego ukochanego kraju w połowie lutego – ale o tym, czy się na niego dostałam, dowiem się dzień przed Wigilią.
Ostatnia część wpisu zainteresuje raczej panie ;). Jeśli chodzi o ćwiczenia Ewy Chodakowskiej – jestem bardzo zadowolona. Ćwiczę (z przerwą trzydniową – byłam w Rzymie i tam moja aktywność polegała na zwiedzaniu – milion kilometrów dziennie, piciu wina i imprezowaniu do wschodu słońca – ale ja to jednak kondycji do takich rzeczy nie mam, jedna taka impreza i jakkolwiek świetna, to starczy mi na trzy miesiące takich atrakcji, tyle zapewne też będzie schodzić mi pamiątkowy 15-centymetrowy – zmierzyłam – siniak na nodze:D) pięć-sześć razy w tygodniu (skoro nie biegam…), na zmianę skalpel-killer-skalpel-turbo-skalpel i efekty faktycznie są. Programy są bardzo różne, teoretycznie Skalpel jest najłatwiejszy, ale uważam, że wykonać go poprawnie i napinając cały czas mięśnie to też sztuka i daje niezły wycisk. Natomiast Killer i Turbo – dużo kardio, trening interwałowy, pot się leje. I dobrze! Wspaniałe uczucie, a jak się potem dobrze śpi :). No ale – efekty. Nie mam tu centymetra, ale widzę w lustrze, jak zaczynają się fajnie zarysowywać mięśnie brzucha. Nogi są zdecydowanie mocniejsze i smuklejsze – szczególnie uda, co do których już prawie straciłam nadzieję. Będę kontynuować te ćwiczenia, bo efekty motywują chyba najbardziej. Mam też nadzieję, że mocniejsze nogi poskutkują zniwelowaniem problemu kontuzji.

No to jutro testujemy kolano 🙂

Advertisements

5 thoughts on “Kontuzjom mówimy ‘nie’

  1. Mam nadzieje, że testy kolana wypadły pomyślnie:) Szkoda, że nie możemy zobaczyć efektów ćwiczeń na sesji zęciowej;) Życzę zdrówka i niech kontuzje omijają Cię szerokim łukiem:) Pozodzenia i pozdrówka;)

    • kto wie, może za jakiś czas, jesli uznam, że efekty mogą kogoś zachęcić do ćwiczeń/dorzeźbienia ciała, to się pochwalę 😉 ale najpierw muszą mi zejść te okropne siniaki, wyglądam, jakby mnie ktoś pobił 😉

  2. Oj, zanim przeczytałam to już napisałam odp u mnie na blogu;) W każdym razie – przykro mi z powodu kontuzji. Ale ćwiczenia na pewno pomogą! U mnie wzmocnienie całego ciała przekłada się nie tylko na życiówki, ale na mniejsze bóle. A co do ud – mam takie same doświadczenia, oby Ewa pomogła… 😉

    • biegać biegać 😀 to moja pierwsza biegowa zima, więc dopiero oswajam temat. na szczęście z racji bytowania we Włoszech, jest tu trochę cieplej, ale szczerze mówiąc, upały to to nie są 😉 Spadł już śnieg i wieczorem i rano jest ziiiiimno.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s