Nie taka zima zła :)

Takiego lenistwa dawno nie było. Wczoraj przyłożyłam głowę do poduszki chwilę po 20.00, trochę nie wiedząc, co się dzieje, ocknęłam się o północy, napiłam się mleka i ponownie zasnęłam. Otworzyłam jedno oko po 6.00, drugie dopiero o 11.00. Przez chwilę byłam zła na siebie, że tak długo spałam (obudziwszy się o północy chciałam nawet zabrać się za ćwiczenia, na szczęście poszłam po rozum do głowy), ale dość szybko sobie wytłumaczyłam, że odpoczynek jest potrzebny, regeneracja jest kluczowa, a sen to najlepszy naturalny wspomagacz i przywracacz formy i dobrego nastroju. Co mnie tak zmęczyło? Dwa ostatnie tygodnie. Prezentacje, symulacje obrad ONZ, egzaminy. Nie porzuciłam aktywności fizycznej, bo to był świetny pretekst, żeby się dotlenić, rozruszać zasiedziałe nogi, dać oczom odpocząć od ekranu laptopa. Myślę, że ta nieco zmniejszona dawka sportu raczej mi pomogła niż zaszkodziła, a na pewno była lepszym wyborem niż dodatkowa godzina tępego wpatrywania się w notatki i załamywania rąk. Wczorajszy, trzygodzinny egzamin (z przemian gospodarczych we wschodniej Europie w ciągu ostatnich dwudziestu lat – dla niewtajemniczonych, studiowałam zgoła co innego przez ostatnie trzy lata ;)) mnie wykończył, ale już jestem z powrotem wśród żywych. W ramach totalnego lenistwa dzisiejszego ograniczyłam swoje czynności życiowe do biegania, jedzenia, ‘Dzienników kołymskich’ Badera i długich rozmów na skype’ie i dobrze mi z tym.
Właśnie, jak tam biegowo u mnie? Do tej pory biegałam trzy razy po przerwie, króciutki dystans – do 6 kilometrów. Chciałoby się więcej, czuję, że te trzy tygodnie wzmacniania ciała sporo mi dały. Mocniejsze nogi i brzuch, prosta sylwetka. Staram się bardziej świadomie odbijać od podłoża i nie lądować bezmyślnie na pięcie. Czuję też, że miękkie podłoże mi służy i szerokim łukiem omijam asfalt i bruk. Wiem, że jeśli wystartuję w półmaratonie, to taka nawierzchnia będzie dominować i powinnam na takiej ćwiczyć, ale przyjdzie na to czas, stopniowo będę włączać ten element do wybiegań (no dobra, dziś już włączyłam, ale na bardzo krótkim odcinku). Kontynuuję ćwiczenia wzmacniające/modelujące i w duchu błagam moje kolano, żeby już nie robiło mi przykrych niespodzianek i bawiło się bieganiem razem ze mną. Nie gdzieś obok, w swoim świecie ;).

Poza tym, cieszy mnie zima w aspekcie biegowym. Gdzieniegdzie słychać już głosy biegaczy, że za zimno, że to kłopot, że tyle warstw, że ślisko, że jak tu się zmotywować. Cóż. Faktem jestem, że (póki co) jakiejś bardzo srogiej zimy nie doświadczam we Włoszech. Temperatura jednak spada poniżej zera, śnieg też spada, mogę się więc chyba wypowiedzieć ;). Otóż. Mnie póki co zimowe bieganie zachwyca. Może dlatego, że doceniam je po tak długiej przerwie? Gdy tydzień temu założyłam biegowe buty i ruszyłam na moją ścieżkę, endorfiny po prostu wybuchły. I to nie po standardowych czterdziestu minutach, tylko po dwóch. Takiej eksplozji radości to ja dawno nie czułam. Byłam po nieprzespanej nocy (moje kochane współlokatorki urządziły balangę do 5.30 rano – nie siedzienie ze znajomymi przy winku, a szaloną “wiksę” z wrzaskami, tupaniem i trzęsącymi się ścianami), przed sobą miałam perspektywę tygodnia egzaminów… Pobiegłam i było to chyba moje najlepsze wybieganie. Nieważne było tempo. Cieszyło mnie wszystko. Błoto, śnieg, bezlistne drzewa. Dosłownie fruwałam i miałam ochotę uściskać każdego mijanego biegacza i powiedzieć mu, jakim jest szczęściarzem, że może biegać. Poza tym, pamiętam lipiec, kiedy to przeprowadziłam się na miesiąc do Warszawy. Pamiętam przeklęte upały, budzenie się o 5.00 rano, kiedy klejąc się do prześcieradła zastanawiałam się, kiedy do licha ja mam zrobić trening, skoro już nie można oddychać. Wychodziłam biegać późnym wieczorem do Ogrodu Saskiego i nie byłam w stanie biegać dłużej niż 25 minut, tak było gorąco i duszno. I takie moje małe dziwactwo – uwielbiam, po prostu uwielbiam działanie zimna na koloryt skóry. Przy odpowiedniej jej ochronie oczywiście – a wiem, co mówię, bo mam bardzo wrażliwą cerę. Ale jak już się odpowiednio nakremujemy, to… Mróz, w połączeniu z ruchem na świeżym powietrzu, daje tak pięknie (i naturalnie) zaróżowione policzki, że sama się wtedy sobie tak bardzo podobam, że aż nie wypada pisać ;). Na samą myśl o porównaniu z czerwoną od gorąca twarzą latem… nie muszę chyba tłumaczyć. Jeśli miałabym narzekać na zimowe bieganie, to chyba musiałabym sama siebie nazwać hipokrytką i katalogową przedstawicielką “first world problems”. Jeśli cierpię, to tylko trochę – z powodu braku odpowiedniego wdzianka na zimowe bieganie. Ratuję się moimi jednymi getrami termicznymi i takąż koszulką, co sprawia, że tracą one funkcję domowego “dresu”. Na to krótkie spodenki letnie i w zalezności od temperatury, krótki/dług rekaw. Rękawiczki rowerowe (całkiem nieźle dają radę), buff i dużo wazeliny na twarz i żadna zima mi nie straszna :).

Z innych informacji. Śniło mi się, że biegnę maraton. Tak, wiem, nawet połówki jeszcze nie pokonałam, a już o maratonie. Ale to był sen. Tylko i aż. Biegłam z plecakiem (po co?) pełnym niepotrzebnych mi w tym momencie rzeczy, a jakby tego było mało… biegł obok mnie mały chłopiec, którego trzymałam za rękę. Chłopiec bardzo wyrywał do przodu, ja starałam się nie stracić go z oczu i jakoś mu wytłumaczyć, że mamy do przebiegnięcia ponad czterdzieści kilometrów, więc nie możemy tak szybko biec na początku. Jacyś freudoznawcy? 😉

I pozytywne zaskoczenie – Włosi biegają zimą! Myślałam, że te ciepłolubne stwory będą się chować w domach, gdy spadnie temperatura i wybiorą objadanie się makaronem zamiast treningu, a tymczasem – niespodzianka! Bardzo to fajne.

P.S. Na fali egzaminacyjnej prokrastynacji założyłam stronę bloga na fejbuku. Nie wiem, co za diabeł mnie podkusił. Może nie diabeł? A niech będzie :).

Advertisements

3 thoughts on “Nie taka zima zła :)

  1. Też uwielbiam biegać “po białym” 🙂 A sen? wydaje mi się świadczy, że mentalnie Jesteś gotowa na maraton:) Bo nieważne “jak zaczynasz tylko jak kończysz” 😉 Głóny “grzech” debiutantów, ze zaczynaja zbyt szybko i potem “ściana” 😉 teraz tylko potrenujesz /na ukończenie wystarczy trochę stopniowo zwiekszysz dystans/ i witamy w rodzinie maratońskiej:) Powodzenia i wytrwałości:) PPozdrowaśki

  2. Sen – ważna sprawa. Tak to sobie tłumaczę kiedy po raz kolejny przekładam poranny trening na wieczór (ale skoro jest taka możliwość to po co się pozbawiać dodatkowych minut snu?) 😉

    Tak czy siak bez odpowiedniej regeneracji daleko się nie zajedzie, więc jeśli organizm wpada w kilkunasto godzinny sen to widać ma ku temu powody.

    • oj tak. dzisiaj zamierzam sobie zapodać trening a wieczorem wczesny sen – na szczęście jestem właśnie po ostatnim egzaminie (póki co ;)) i zamierzam mentalnie i fizycznie się zregenerować :). Człowiek to jednak z wiekiem mądrzeje – pamiętam, jak na pierwszym roku studiów, kierowana chyba przede wszystkim jakąś chorą ambicją, potrafiłam po siedzeniu do rana nad jakimś projektem wstać po 3h snu o 6 i iść na basen a potem cały dzień zajęć – ale to nie było wcale zdrowe 🙂

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s