Brukselo, przybywam. Albo: przybędę, zdobędę….

Od kilku dni chodzę z taaaakim uśmiechem na twarzy. W sumie to ja zazwyczaj jawię się światu uśmiechnięta, a nie w stanie głębokiej depresji tudzież zwykłego przygnębienia, ale nie codziennie (tylko co drugi dzień ;)) nie jestem w stanie powstrzymać uśmiechu nawet nie od ucha do ucha, tylko oplatającego całą głowę. Podekscytowanie objawia się także stosowaniem dziwacznych hiperboli…

No dobrze, ale co takiego się stało? Otóż! Jest późny poranek, za piętnaście minut zaczynam zajęcia, a zamiast w drodze na uczelnię, nurkuję pod śpiworem, szukając kluczy (1. tak, śpię ostatnio w śpiworze, to jeden z objawów tęsknoty górskiej; 2. tak, jeśli nie mogę znaleźć kluczy/skarpetek/pomadki, to najpewniej są gdzieś w śpiworze). Kątem oka spoglądam na ekran laptopa… a tu brat mój (jeden z wielu, tzn. dwóch) zaczepia mnie na gmailowym czacie. Ale, jak zaczepia…

“Elo sister, chcesz wpasc w maju na bieg 20km brussels? Mogę Ci kupić bilety na samolot, a jak się uda, to zapiszę Cię do teamu Europa” !!!

Po pierwsze, oczywiście bardzo kocham mojego brata :). Po drugie… yabadabadoo! Cieszę się ogromnie, bo

a) witaj przygodo!
b) lubię do Brukseli wpadać (lecę w piątek, bieg jest w niedzielę, wracam w poniedziałek), bo to fajne miasto jest… na chwilę.
c) będzie medaaaal! (jeśli dobiegnę ;))
d) “family time, quality time” – od ładnych kilku lat uczę się coraz bardziej doceniać takie spotkania, bo mieszkając w różnych częściach Europy (dobrze, że Europy) widujemy się zawsze za rzadko i zbyt krótko…
e) mój brat, który do tej pory na moje entuzjastyczne wypowiedzi na temat biegania reagował mniej więcej tak: “eee… no fajnie… ale ja więcej niż 5km nie przebiegnę… przebiegłem parę miesięcy temu z marszu w 27 minut, myślałem, że padnę”, także zapisał się na ten bieg! (po czym kilka godzin później napisał do mnie: “Ewa, według planu treningowego na stronie biegu, powinienem zacząć biegać… już jutro!”)
f) udało się i… pobiegnę w teamie instytucji europejskich ;). Miło będzie zobaczyć garniakowych ważniaków na sportowo… zawsze to lepsza atmosfera dla networkingu 😉
g) tysiąc innych powodów!

Po wielu niespokojnych wieczorach… mam też plan. 14 tygodni, zaczynam 18 lutego, wtedy też kilka słów więcej o owym planie. Fajny jest. Hopsasa!

Poza tym… zapisałam się na jeszcze jedno biegowe wydarzenie. Palce niecierpliwie stukają w klawiaturę, ale nieeeee, nieeeee, nieeeee powieeeeeem. Jeszcze nie. Bo mnie do wariatkowa skierujecie.

Na koniec apel: wszyscy mocno trzymamy kciuki, żebym niedługo mogła oznajmić, że przyszłą biegową jesień i zimę będę relacjonować z dalekiej krainy. Albo będę umierać w upalnym Stambule, albo zamarzać w lodowatym Petersburgu. Innych opcji w ogóle nie biorę pod uwagę.

W następnym odcinku proszę się spodziewać wielu zachwytów i samouwielbienia w związku z moimi poczynaniami w kuchni. Będzie także o szalejącym Garminie i moich przemyśleniach interwałowych (no naprawdę biegnąc poniżej 4min/km umysł wchodzi na inne obroty ;)).

Advertisements

5 thoughts on “Brukselo, przybywam. Albo: przybędę, zdobędę….

    • nie ma go co prawda na Twojej liście z niedawnego wpisu, ale mam cichą (ciiiiii….) nadzieję, że się tam spotkamy 😛
      wszystko w swoim czasie 🙂

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s