“Nie znam osoby, która ćwiczyłaby więcej niż ty”…

… powiedziała mi kilka miesięcy temu znajoma. Już wtedy mnie to bardzo rozśmieszyło, bo patrząc na statystyki niektórych wymiataczy (dobrze wiecie, o kim mówię), czułam się “taka mała”.

E: robię właśnie pompki i umieram
B: super, musisz mieć pięknie wyrzeźbiony brzuch! a ja siedzę na fb i też umieram
E: pięknie wyrzeźbiony będzie za parę miesięcy, ale ważne są te ćwiczenia bo inaczej nawet bieganie leży i łatwo o kontuzję (patrzcie no, jaka mądrala ze mnie była…)
B: jesteś nienormalna na punkcie sportu! nie znam drugiej takiej osoby co by tyle ćwiczyła!

To teraz wszyscy razem: ha, ha, ha! Wtedy napisałabym: zatkało mnie. Znam mnóstwo osób, które ćwiczą więcej ode mnie. Nigdy nie uważałam, że ćwiczę dużo. Aktywność fizyczna to po prostu naturalna część dnia – niezbędna, żebym poczuła się zrelaksowana, zadowolona, pełna energii. Ostatnio miałam kilka dni przerwy, ale to wyjątek – ćwiczę prawie codziennie. Czasem bardziej, czasem mniej intensywnie, ale nawet jeśli robię dzień przerwy, to chociaż porządnie się wtedy rozciągam. Nie widzę w mojej aktywnosci nic nadzwyczajnego, choć aspiracje mam spore i chciałabym stopniowo robić coraz więcej.

Tak napisałabym. Teraz mogę z nosem na kwintę napisać: nie znam siebie, która nie ćwiczyłaby tak długo. To już ponad trzy tygodnie o kulach. Trzy tygodnie powolnego progresu, zbyt wolnego. Ja wiem, że cierpliwość, że kontuzje to nie takie hop siup, ale… ale to naprawdę nie wyglądało tak poważnie. Do tego sesja na uczelni, upały powyżej 35 stopni, ekspresowa wyprowadzka z mieszkania kilka dni temu (pakowanie całego dobytku w godzinę skacząc na jednej nodze = umierająca kość ogonowa), użeranie się z nienormalną landlordką… W sobotę lecę do Polski, znów cyrk podróżniczy, mam nadzieję, że do pociągu do Bolonii uda mi się wejść ;). Byle dotrzeć na lotnisko, bo tam zamówiłam już sobie special assistance, niech mnie wożą znów na wózku i wciągają na pokład samolotu :). A potem “tylko” dostać się na Młociny i wsiąść w autobus do Gdańska… kto jak nie ja sobie ma poradzić :).

Przestałam jednak wchodzić na Endomondo, które było obecne w codziennym przeglądzie internetów. Nie mogę, no po prostu nie mogę patrzeć na wasze treningi, pokonywane kilometry, kalorie odzwierciedlające hektolitry potu wylewanego na rowerze, rolkach, basenach. Liczone w dziesiątkach powtórzenia pompek, podciągnięć, przysiadów. Ze łzami w oczach loguję się na sportowy profil na fejsbuce i przeglądam obserwowane strony. Obraz nędzy i rozpaczy się tu wyłania, hm? Spokojnie, nie jest tak źle. To znaczy jest. Ale przyjmijmy, że nie. Wciągam soczyste pomarańcze i zmrożone banany i próbuję się w ten sposób pozytywnie doładować. We wtorek mam wizytę u jednego z najlepszych ortopedów w Polsce i mam nadzieję, że jakiegoś strasznego “wyroku” nie będzie. Swoją drogą, świat jest mały. Kilka znajomych osób poleciło mi znanych sobie specjalistów. Na końcu tata koleżanki napisał do mnie, że ma sprawdzonego, świetnego ortopedę, zresztą jest to jego dobry znajomy, do tego lotnik, człowiek z pasją, ciekawa osoba. Mam się powołać na znajomość i umówić na wizytę. Gdy przesłał mi wizytówkę, przetarłam oczy ze zdziwienia – to lekarz, który czternaście lat temu postawił mojego brata na nogi i uratował jego kolano po dwóch zepsutych operacjach i dwóch latach problemów po jednym felernym upadku w trakcie gry w koszykówkę – więzadła, łąkotka, i inne komplikacje. Lubię takie “zbiegi okoliczności” i traktuję je jako dobry znak, także – trzymajcie kciuki.

I tak bardzo chciałabym napisać “biegam”. Biegam w żółwim tempie, biegam po dwa kilometry, biegam przeplatając bieg marszem, biegam po kilka minut. B I E G A M. Móc znów napisać “biegam”. Przed “biegam” jest jednak “chodzę”. Skupiam się więc na bliższych celach i staram się nie staczać w depresyjną przepaść. Usłyszałam dziś “Kocham Cię, łobuzie. I zabraniam Ci mieć depresję!” – to chyba nie wypada aż się dołować :).

A szukając pozytywów – jest jeden dobry, bardzo dobry skutek brukselskiej dziesiątki. Dwa dni temu napisał do mnie brat mój, z którym biegłam w 20 km de Bruxelles. Jeszcze kilka miesięcy temu kręcił na bieganie nosem, marudził, że chyba nie da rady przebiec tamtych 20 kilometrów. Dał radę i to w bardzo przyzwoitym czasie. Od trzech tygodni nie biegał, wyszedł w niedzielę na luźny bieg, który skończył się 10 kilometrami w czasie 49:25. Ot tak, po prostu. “Rozważam półmaraton w październiku w Brukseli” – napisał mi właśnie. Cieszę się z tego jego biegania, z kolejnej wciągniętej w ten cudowny sport osoby, bardziej niż z mojego biegania przed kontuzją. Long live running! 😉

Advertisements

6 thoughts on ““Nie znam osoby, która ćwiczyłaby więcej niż ty”…

  1. Trzymaj się Łobuzie! Najgorsze już chyba za Tobą, teraz tylko cierpliwości i zdrowia, a niedługo – może nawet szybciej niż się spodziewasz – napiszesz to upragnione “biegam”. WIELKIMI LITERAMI!

  2. Bedzie dobrze! zobaczysz, a kciuki bedę trzymał, nawet u stóp;) Pamietaj zawsze “po nocy nadchodzi dzień, a po burzy spokój” wkrótce będziesz śmigac jak sarenka:) Powodzenia i pozdrowaśki;)

  3. Będzie dobrze! 🙂 Cierpliwości, a na pewno wrócisz już niedługo do swojego typowego biegania i będzie wszystko jak kiedyś, a może nawet lepiej 🙂

  4. Moje endo też nie wygląda ostatnio najlepiej… Głowa do góry, wiem że łatwo mówić, ale przyjdzie w końcu ten dzień kiedy będziesz mogła powiedzieć “biegam” 🙂

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s