Przychodzi Ewa do lekarza…

Od czasu operacji raczej niespecjalnie się tu uzewnętrzniałam, przynajmniej bezpośrednio, z informacjami na temat stanu mojej nogi. Tu ćwiczenia, tam basen i rower, czasem jeszcze jakiś wege przepisik… Nadszedł jednak czas ostatecznej kontroli (kilka słów o poprzedniej tu) i czas, żeby napisać, jak się sprawy mają. Na rentgenie z końca sierpnia kość była już całkowicie zrośnięta, celem był powrót do normalnego funkcjonowania – stopniowe odstawianie kul, wzmacnianie nogi, nacisk na czworogłowy i mięśnie okołokolanowe (nadal dużo pracy w tym temacie, dwa miesiące bez ruchu to jednak dramatyczne skutki… gdyby nie ortopeda-idiota w Brukseli, byłoby zupełnie inaczej). Od chyba trzech tygodni zupełnie nie używam kul, chodzę normalnie, choć na nogę uważam – to już automatyczne. Jest jeszcze lekki dyskomfort w kolanie, ale coraz mniejszy. Zresztą, o tym poniżej.

Wczoraj wybrałam się do szalonego ortopedy na wyczekiwaną, ostatnią kontrolę. Tak bardzo wyczekiwaną, że zupełnie o niej zapomniałam i nieco po północy, kiedy spojrzałam na laptopowy zegar i zobaczyłam “poniedziałek”, na chwilę zamarłam, przekonana, że przegapiłam wizytę. Chyba bardzo zmęczona byłam.

Skłamałabym, gdybym napisała, że się nie denerwowałam. Nie dość, że orto jest specyficznym człowiekiem, to jakiś niedobry głos w głowie podsuwał czarne scenariusze, które oczywiście nabierają mocy, kiedy czeka się w pod gabinetem w tłumie pokiereszowanych. Choć latem tłum był zagipsowany i o kulach, teraz jakby większość do “zwykłej” kontroli.

Na każdym gabinecie kartka krzycząca “Szatnia obowiązkowa!”, pobiegłam więc szukać szatni, grzecznie oddaję kurtkę i pytam, czy można razem powiesić parasolkę… malutką, złożoną…
– A siatkę ma?
– Nie maM… ale może pani powiesić razem z kurtką, nic się kurtce nie stanie.
– Tu nie o kurtkę chodzi! Chodzi o podłogę! Jeszcze mi tu kapać będzie!
Chyba wyglądałam na mocno skonsternowaną, ja tu moją najlepszą kurtkę jestem gotowa złożyć w ofierze, a tu mi o podłodze… Chwila ciągnęła się niczym mordoklejka, ochroniarz widząc moją minę zaczął stukać w kartkę z napisem “parasoli i plecaków nie przyjmujemy”, ja pokiwałam zrezygnowana głową i podreptałam w kierunku gabinetu. Polska służbo zdrowia, AJLOWJU.

Wchodzę.

Ewa: Dzień dobry.
Orto: Dzień dobry.
(cisza… cisza…)
E: Hm… nie ma Pan mojej karty? Mam historię leczenia wyciągnąć?
(wyczekujące spojrzenie Orto, ja zaczynam nurkować w torebce)
E: To miała być ostatnia kontrola… złamanie zmęczeniowe…
O: A! Proszę nic nie wyciągać! Wszystko pamiętam! Moja specjalna pacjentka! Biegaczka!
E: Zaiste, to ja.
O: To jakie sporty pani teraz uprawia?
E: Uprawianiem to ja tego nie nazwę, ale jeżdżę na rowerze, pływam i ćwiczę stabilizację.
O: Co pani ćwiczy?
E: Stabilizację… na beretach…
O: A! To świetnie! No dobrze, to zrobimy rentgen i zaraz proszę do mnie wracać.
E: Dobrze, a jeszcze mam takie pytanie… (nawijka o dyskomforcie w kolanie przy skośnych podciągnięciach nogi). Czy to minie?
O: Nie wiem, co mam pani odpowiedzieć.
E: ?!?!?!
O: No, to taka pamiątka po operacji.
E: To ja pójdę na ten rentgen…
Stoję w drzwiach, wtem:
O: No przejdzie, przejdzie, młoda, wysportowana, silna… przejdzie.

Na rentgen poszłam, wracam z płytką, orto wrzuca zdjęcia na wielki ekran i bez słowa stuka w niego długopisem w miejscu złamania. “Nie ma śladu! Zdrowa noga!”. Uff. Wysępiłam też zaświadczenie o zakończeniu leczenia (bez większych problemów, kiedy powiedziałam, że to do ubezpieczenia, ale musiałam się upomnieć), zbieram się do wyjścia.

O: To widzimy się wiosną.
E: Yyy… tak?
O: No, trzeba będzie ten metal wyjąć.
E: TRUPIA BLADOŚĆ
O: Nikt pani nie powiedział?
E: Dzień po operacji usłyszałam, że raczej nie będzie wyciągania…
O: No ja bym wyjął, całe życie przed panią, ale to najwcześniej rok po operacji się robi, więc spotkajmy się na wiosnę i wtedy porozmawiamy.

Pisząc to, przełykam nerwowo ślinę. W sumie chyba bardziej się cieszę niż nie cieszę, bo jednak wolę nie mieć metalu w nodze, niż mieć. Co innego, kiedy coś takiego zakłada się u kogoś po 70-tce, co innego u takiej młodzinki, jak ja ;-). Teraz się pomęczę, wypadnę z gry na jakiś czas, ale potem całe życie ze swoją własną nogą, bez ciała obcego. W dłuższej perspektywie ma to więc sens i tak staram się na to patrzeć. Tylko ta myśl o pooperacyjnym bólu i morfinowym haju…

Teraz: dużo basenu, dużo stabilizacji, dużo kręcenia. Bieganie pewnie zacznę od bieżni w styczniu w Brukseli – duże szanse, że bieżnię będę mieć dostępną 24/7 w mieszkaniu 🙂 A celem numer jeden jest zrobić kurs zimowy w Tatrach pod koniec kwietnia. Inaczej zwariuję, i piszę to zupełnie poważnie. Jeśli wyciąganie ciał obcych ma mieć miejsce w lipcu, to wakacje 2014 też będą bez gór, a ja po prostu tego nie wytrzymam. Dlatego kurs zimowy wczesną wiosną, a przed operacją może skoczę na parę dni w Tatry. Do jesieni wtedy jakoś wytrzymam…

Advertisements

12 thoughts on “Przychodzi Ewa do lekarza…

  1. Masz w sobie tyle cierpliwości i pozytywnego podejścia, że dasz radę… Tylko rozsądnie planuj sportową przyszłość i wybieraj aktywność, która w danym momencie Ci nie szkodzi 😉 a to pływanie u Ciebie to strzał w dziesiątkę 😉

    • Dzięki! Tej cierpliwości to nabrałam sporo w związku z kontuzją. Cierpliwości i dystansu. Robić to, co w danym momencie można – zamiast leżeć i płakać, że nie mogę biegać. Teraz nie mogę, ale jeszcze pobiegam. Cieszę się powrotem do pływania. No i berety 😀

  2. Ewa, trzymam kciuki za szybki powrót do normalności sportowej. Ja też cwicze cierpliowsc zarówno u lekarzy jak i przy chodzeniu z kulami. A brak ruchu jest mega demotywujący. Choc staram się to obchodzic cwiczac górne partie ciała. Z wpisu rozumiem, że też masz śruby w nodze? 😛

  3. Gratuluje nodze że tak ładnie się zrosła – teraz możesz się już powoli rozkręcać 🙂 Jeszcze piękna jesień do biegania 🙂 Powodzenia! ps. niestety trafić na dobrego orto to loteria – jesli nie masz poleconego to faktycznie możesz trafićdo kogoś kto uziemi cię jakims gipsem śmipsem na długo

    • No podudzie i piszczel dają już radę, ale teraz trzeba kolano i czwórki wzmocnić, bo bez takiej bazy to tylko sobie kłopotu narobię 🙂 W Polsce diagnozował mnie jeden z najlepszych orto w kraju i przyjął mnie na oddział, gdzie jest ordynatorem i nadzorował moją operację, ale ten patafian w Brukseli to była jakaś porażka. No i 10-minutowa wizyta 100 euro + rentgen (który złamania nie pokazał) 160 euro – Niebiosom dziękowałam, że mam ubezpieczenie na sporty ekstremalne 😀

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s