14. Poznań Maraton – zwycięzcy, diamenty… a także królowie, prezydenci i zwierzęta

Poznań. Od momentu, kiedy wysiadłam z pociągu na poznańskim dworcu w piątek wieczorem, poczułam się w Poznaniu fantastycznie. I przez cały wyjazd utwierdzałam się w przekonaniu, że mogłabym w Poznaniu mieszkać. Dochodziła 23.00, na ulicach mnóstwo pomocnych ludzi (każdy, do kogo zwróciłam się o pomoc, z uśmiechem mi jej udzielał), śmiesznie tani bilet weekendowy, bezpiecznie. A w tramwaju studenckie świeżaki podekscytowane kolejną imprezą… Honorata i Tomek odebrali mnie z tramwaju, a jako że studenckie szaleństwa już za nami, to zaszyliśmy się w domu… i prawdopodobnie siedzieliśmy dłużej niż imprezujący studenci 😉 Dodatkowy plus dla Poznania za to, że w ogóle nie bolała mnie noga, nie było tego irytującego kłucia w kolanie – a cały weekend “przełażony”. No fajny ten Poznań, fajny.

W sobotę ustaliliśmy strategię kibicowania – chcieliśmy być w dwóch miejscach, około 30 kilometra i na finiszu. Trasa maratonu na to pozwalała, więc cacy. Pokazałam Honi i Tomkowi listę numerów i osób, których mamy wypatrywać (“Ewa, ilu ty masz znajomych!” :D), obejrzeliśmy jakiś straszny film, po którym dla rozładowania napięcia trzeba było obejrzeć kilka jutubowych hitów, w tym, hit nad hitami. Już wiedzieliśmy, jak trzeba będzie kibicować.

W niedzielę, kiedy o 9.00 zwlekałyśmy się z łóżka, w myślach westchnęłam tylko, kiedy uświadomiłam sobie, że właśnie rusza maraton i tysiące osób są już na nogach od dobrych kilku godzin. Honi stwierdziła, że dlatego właśnie nawet nie bierze się za bieganie, bo maratony startują w niedzielę o 9.00, więc zostanie przy MTB 😉

Na końcu Warszawskiej byłyśmy parę minut po 11.00, po chwili dołączył do nas Tomek z aparatem – poniższe zdjęcia są z przedziału ok. 11.15-11.35 na tym odcinku (w albumie na google + pewnie do 11.45). Panowie (i kilka pań) biegli naprawdę żwawo, niektórzy wręcz wzorcowo odbijali się ze śródstopia i prezentowali piękną linię, inni lekko już dogorywali…

poznan-0014

poznan-0024

poznan-0034

poznan-0038

poznan-0045

poznan-0076

poznan-0093

A kogo my tu mamy? O 11.35 pokazał nam się Błażej, na szczęście biegł naszą stroną, więc mimo braku jednej soczewki, udało mi się go zobaczyć. Jedno krótkie, acz treściwe hasło…

poznan-0104

… i proszę, jaki efekt. Wystarczy porównać z panem na drugim planie, by zrozumieć efekt porządnego dopingu 🙂

poznan-0111

Jeszcze chwilę zagrzewaliśmy do boju biegnących na 3:30, po czym wskoczyliśmy w tramwaj i podjechaliśmy pod Targi. Idziemy sobie wzdłuż barierek finiszowych, mijamy metę, gdy Tomek mówi “A to nie Błażej właśnie przebiega metę?”. Zawróciliśmy więc do strefy oddawania chipów, złapaliśmy Błażeja na kilka słów (no po prostu świecił endorfinami!), popatrzyliśmy na zafoliowanych batmanów i ruszyliśmy na poszukiwanie dobrego miejsca do kibicowania na finiszu. Ostatnia prosta była obłożona, zresztą zależało mi na dodawaniu sił na końcówce, ale niekoniecznie na ostatnich metrach, gdzie doping był wystarczający i uznałam, że i tak większość frunie tam niesiona widokiem mety. Ochroniarz nie chciał nas wypuścić przez bramę (“Organizator powiedział, żeby nie wypuszczać, to nie wypuszczę, to Polska jest, są zasady!”), zaczęłam więc nawijać o złamanej nodze, i że przecież nie będę teraz okrążać całych Targów. Nie podobało mu się to, ale ktoś uchylił bramę i wyszliśmy.

poznan-0146

poznan-0148

Stanęliśmy na wyjściu z ostatniego, podobno masakrycznego podbiegu po kostce, i zaczęliśmy krzyczeć. Kurczę, ale to wkręca… po chwili już nadawałam bez przerwy. Były przybijane piątki, uśmiechy, mniej lub bardziej wylewne podziękowania od biegaczy, a co najmniej kilkanaście osób zmobilizowaliśmy do biegu. Na tym odcinku widzieliśmy Emilię, która z szerokim uśmiechem pobiegła do mety.

poznan-0155

poznan-0165

poznan-0166

poznan-0175

Ja co jakiś czas szeptałam tylko “O nie, oni tak cierpią, nie mogę na to patrzeć”, ocierałam pieczące dłonie, i klaskałam i krzyczałam dalej.

poznan-0179

poznan-0196

poznan-0211

“Dajesz dajesz, nie zwalniamy, walczymy do końca, mocny finisz, ostatnie 200 metrów (chyba było trochę więcej), ogień do mety! Kim jesteś? Jesteś zwycięzcą!”

“Zaraz meta! Tam są pomarańcze i powerade, widziałam, biegnij!”

“Król biegnie!”

poznan-0235

“Zwierzęta górą!”

poznan-0239

W pewnym momencie zobaczyłam biegacza z numerem “1”. Niewiele myśląc, zaczęłam krzyczeć “Biegnie numer jeden! Mocnoooo! Dajesz!”. Honorata i Tomek spojrzeli na mnie z lekką konsternacją, biegacz numer “1” także.
Ja: No co?
Tomek: To był prezydent Poznania… zaraz będzie telefon z biura…
Ja: Taaaak, będą szukać tej osoby, która go tak dopingowała i dostanę nagrodę!
Tomek: Albo karę za znieważenie.
No cóż, na maratonie wszyscy są równi 😉

Tomek poszedł na Targi oglądać rowery, my kibicowałyśmy prawie do końca. Gdy już człapali coraz bardziej zmęczeni biegacze, nagle zza zakrętu wybiegł pan wyglądający bardzo świeżo i profesjonalnie. Zaczęłyśmy do niego krzyczeć, na co on się odwrócił i krzyknął “Spokojnie, ja już drugie okrążenie robię”. Nieźle… zdążyłam jeszcze odkrzyknąć “Tak pan wygląda!”, po czym uświadomiłam sobie, że mógł mnie źle zrozumieć – przesłanie było takie, że wygląda tak “pro”, że nic dziwnego, że śmiga drugie okrążenie i tak dobrze wygląda. Także tego.

Podsumowując – w Poznaniu było genialnie. Pierwszy maraton, podczas którego kibicowałam, ale w porównaniu z innymi biegami, jakie widziałam, było najlepiej. W Brukseli, gdzie było 36 tysięcy biegaczy, doping nie był lepszy. Poznańska atmosfera po prostu kipiała energią i to było czuć. Wszystkim maratończykom gratuluję i chylę czoła. Jesteście diamentami 🙂

A, pełna galeria tu (klik). Większość zdjęć zrobił Tomek, kilka ja i Honi.

Advertisements

Powróciwszy

Trzy tygodnie poza światem. Wrócona, szczęśliwa, melduję się na biegowo-blogowym podwórku. Jutro miał być Bieg Westerplatte (10km) ale 30-godzinna podróż, trzy samoloty z wariującą klimatyzacją, spanie na lotniskach, przenikające zimno w nocy w Gdańsku (gdzie armeńskie ponad 30 stopni o 23.oo?!), zmęczenie – i voila, zamiast nosa mam kran z katarem, zieję cebulą i trzęsę się w kilku bluzach i dresie. Nic to, dopóki jestem w stanie doczłapać do kuchni po herbatę, nie jest źle.

W związku z tym o bieganiu właściwym pewnie dopiero za kilka dni będzie, jednak może to i dobrze, bo wreszcie napiszę o urokach obciachowej playlisty biegowej, do czego zabieram się od… no, od dawna.

Jeśli kogoś relacja z Kaukazu i zdjęcia interesują, to zapraszam tu: klik.

A, jeszcze coś specjalnie dla Bo: