Koktajl, to jest to!

Z serii: szef kuchni poleca. Drugie śniadanie, podwieczorek, potreningowe uzupełnianie. Albo cokolwiek chcecie… Koktajl, który mi nie wyszedł, ale wam wyjdzie, jeśli dodacie kiwi. Ja nie dodałam i lekko mnie zamuliło i zemdliło. To jedna z tych sytuacji, gdzie nie ma co unosić się ambicją, tylko lepiej nauczyć się na cudzym błędzie, o.

moskwa2-0368

Read More »

Everybody gotują, a na horyzoncie Poznań

Piąteczek, czyli dzień mojego cotygodniowego oczyszczania jednodniowego – oczywistą oczywistością jest więc wpis z zdjęciami jedzenia. Chodzę do kuchni co pięć minut i wzdycham do lodówki.

Kilka dni temu, po raz enty słysząc “to co ona je do chleba?” (skoro nie je mięsa), postanowiłam “coś do chleba” (którego zresztą od miesiąca nie jadłam) zrobić i udokumentować. Niektórym potrzeba twardych dowodów. Przedstawiam więc przepis (to jest za proste, żeby nazywać przepisem…) na pastę z czerwonej fasoli:

czerwona fasola
pietruszka (dużo)
oliwki (u mnie zielone, ale wolałabym czarne)
czosnek
siemię lniane
ziarna (u mnie słonecznik i dynia)
oliwa z oliwek
sól, pieprz

Ziarna można, ale nie trzeba, uprażyć. Ugotowaną fasolę i pozostałe składniki wrzucamy do blendera, miksujemy, w zależności od konsystencji dodajemy oliwę, doprawiamy.

A, przestroga. Chciałam być fajna i pochwalić się, jakich to zdrowych produktów używam, tymczasem muszę zasugerować ostrożność. Choć mam wrażenie i nadzieję, że czytelnicy tego blogu są bardziej ogarnięci od autorki i zanim użyją nieznanego produktu, wcześniej upewnią się, czy się ów produkt nadaje… Do pasty należy dodać, dla uzyskania odpowiedniej konsystencji, niewielką ilość oliwy z oliwek (lub oleju rzepakowego). Jakimś trafem oliwa mi się skończyła, olej był schowany głęboko w szafce, a wyciągając sól i pieprz z szafki natrafiłam na nieznane mi wcześniej oleje: z czarnuszki i ostropestu. Niewiele myśląc, wlałam trochę do blendera… Owszem, pobiegłam do komputera sprawdzić, czy to nie trucizna, pobieżne spojrzenie wystarczyło, żebym zobaczyła mnóstwo “zdrowych” stron – no to trzeba lać! Uhm… błąd. Pasta wyszła smaczna, ale… coś z nią było nie tak. Uznałam, że lekka goryczka to sprawka pietruszki (nie wiem, skąd ten pomysł) lub prażonych ziaren (mam wyobraźnię). Minęło kilka dni, chciałam skropić sobie oliwą pomidory, chwyciłam olej z czarnuszki, a po chwili plułam pomidorem po całej kuchni. To ta gorycz, to ten smak! Kończąc ten wywód – nie popełniajcie mojego błędu. A olej z czarnuszki jest bardzo zdrowy i antyrakowy i w ogóle, ale zażywa się go raczej jak tran 😉

cooking3-0019

cooking3-0022

A tu resztka sycylijskiej oliwy – szkoda, że tak okrutnie zdusiłam jej smak 😉

cooking3-0023

Czosnek też obwiniałam o gorycz. Nieładnie.

cooking3-0025

Przed:

cooking3-0032

Po:

cooking3-0043

A na deser i osłodę smoothie: banan + mrożone wiśnie. Pyszności.

cooking3-0047

Na koniec małe ogłoszenie parafialne. Wielkimi krokami zbliża się Maraton Poznań. Tak się wspaniale składa, że będę w tym czasie w stolicy Wielkopolski i zamierzam gdzieś na trasie biegu stać, pokrzykiwać, machać kończynami i na inne sposoby zagrzewać maratończyków do walki. Jeśli biegniecie lub będziecie kibicować, to chętnie powspieram lub poznam 🙂 Część towarzystwa już się zgłosiła na fejsbuku, dziękuję, zanotowałam, co trzeba. Jeśli ktoś chce dodatkowego kibicującego gardła i dłoni, to śmiało: poproszę numer startowy, czas na jaki biegniecie (bardzo orientacyjnie, żebym wiedziała, na jak długo mogę się zamyślić po przebiegnięciu elity), a jak wiecie, w czym będziecie biec, to już w ogóle perfetto.

Pasta to czy pesto?

Pietruszka. Jakie macie pierwsze skojarzenia słysząc to słowo? Zielone strzępki pływające na tłustej rosołowej tafli? Artykuły w prozdrowotnych gazetach z atakującymi nagłówkami podającymi zawartość żelaza w natce? Ja właśnie takie skojarzenia mam. Raczej nie protestowałam nigdy przeciwko pietruszce w surówkach, ale gdy po takiej przekąsce uśmiechałam się do lustra, zdarzyło mi się zastygnąć w przerażeniu i podziękować niebiosom, że nie wyszłam z domu bez tego ostatniego spojrzenia w lustro. O tym, jak przemycić pietruszkę w przyjaznej formie, pisano już sporo (Hania, Krasus). Mój dzisiejszy twór to coś pomiędzy pesto a pastą (skłaniam się bardziej ku drugiej opcji). Wyciągnęłam na blat, co znalazłam w szufladach i na półkach, a uznałam za odpowiednie, uprażyłam suche, wszystko wrzuciłam do blendera, podlałam oliwą, doprawiłam, schowałam do lodówki a teraz z radością konsumuję w formie widocznej na ostatnich zdjęcia. Jest pyszne (albo pyszna – pasta)!

Migdały, dwa zagubione orzechy laskowe, pestki dyni, ziarna słonecznika, siemię lniane, sezam:
pestp-0006

Główna bohaterka – pietruszka:
pestp-0009

I blendujemy:
pestp-0026

pestp-0031

Najpiękniejsza zieleń tej jesieni:
pestp-0044

Maca razowa:
pestp-0047

Pesto-pasta:
pestp-0050

Przełamanie kolorem:
pestp-0051

Zielona herbata w ulubionym kubku i drugie śniadanie gotowe:
pestp-0056

Kawowo-cynamonowo-bananowe… lody!

Kilka dni temu siedziałam w nagrzewającym się samochodzie czekając na tatę, który poszedł zanieść płytkę z wynikami mojego rezonansu magnetycznego do szpitala. Słuchałam radiowej Trójki, prognoza pogody. “Pożegnaliśmy już chyba upały, które zawitały do Polski tylko na chwilę, więc znów wracamy do ciepłych dań i odstawiamy lody” – jakoś tak to brzmiało. Uniosłam brwi (jedną, potrafię tylko lewą) w zdziwieniu, otworzyłam drzwi auta i stwierdziłam, że tej Warszawce* to się chyba w pewnej części ciała poprzewracało. To że w stolicy temperatury poleciały na łeb i na szyję, nie znaczy, że to samo dotyczy całego kraju. Serio. Kolejna fala gorąca uderzyła mnie w twarz. “No nie, naprawdę przegięli, to jest ten dzień, kiedy należy zrobić domowe lody”. Jak pomyślałam, tak rzekłam. W związku z tym, żem kulawa kaleka, to i w kuchni stać zbyt długo nie mogę. Przepis musiał więc być prosty i niekłopotliwy. Nie patrzymy zatem na kaloryczność/mało odzywczy skład, tylko (jak już się w Warszawie znów ociepli ;)) śmigamy po potrzebne produkty (trzy na krzyż, no, cztery) i robimy pyszne lody. Można kombinować ze składnikami, zmieniać, dodawać, lody udadzą się na pewno. Takie to już lody. A, pomysł zaczerpnęłam z tego (klik) przepisu. Podaję składniki i proporcje w mojej wersji, bo po prostu to miałam “na składzie”.

250ml kremówki
200 ml mleka skondensowanego słodzonego (z puszki) – wydaje mi się, że dałam trochę więcej, i lody wyszły dość słodkie – lepiej więc dodawać mleko ostrożnie i próbować w trakcie miksowania
4 łyżki kawy rozpuszczalnej
4 łyżki likieru bananowego (tylko taki miałam, ale pasuje świetnie)

szczypta cynamonu (bardzo opcjonalnie, nie każdy lubi, ale prawda jest taka, że jest praktycznie niewyczuwalny; gdybym miała, dodałabym chętnie wanilię)

Wszystkie składniki oprócz alkoholu miksujemy (cierpliwie, aż otrzymamy jedwabiście gładką masę), na końcu dodajemy alkohol i krótko mieszamy. Przekładamy do pojemnika i wkładamy do zamrażarki. Po dwóch godzinach mamy shake’a kawowego, po sześciu właściwe lody. Przepyszne.

*Warszawiacy, nie obrażajcie się 😉

Jak długo można zbierać się do opublikowania wpisu? … DŁUGO.

Ostatnie tygodnie to dziwaczny plan zajęć na uczelni, z dziurami, w które próbowałam wstawić treningi. Przychodził wieczór i, o ile nie odlatywałam w świat amerykańskiej polityki zagranicznej lub przemówień Breżniewa i Gorbaczowa, i już, już miałam się uzewnętrzniać biegowo, to albo znajomi wyciągali mnie na koncert, albo ktoś dopadał mnie na skypie (nie żebym się specjalnie broniła, bez skype’a nie potrafiłabym już chyba funkcjonować), albo w inny sposób ratowałam świat. Przyszedł jednak ten moment, że stwierdziłam, że tak dłużej być nie może. Raportuję zatem…

Za tydzień lecę do Brukseli. Samolot mam o takiej porze, że chyba będę musiała już w czwartkowy wieczór wybrać się do Bolonii, ale czego się nie robi dla… no właśnie, dla? Dla 20 km de Bruxelles :). Trochę się denerwuję, bo to mój pierwszy tego typu bieg – do tej pory w biegu ulicznym biegłam raz (!) i było to 5 km podczas Jarmarku Dominikańskiego w Gdańsku. W biegu brało udział kilkaset osób. W Brukseli będzie… 37 tysięcy. Nie, nie zjadłam przecinka. Trochę tego nie ogarniam, prawdę mówiąc. Na szczęście pakiety startowe już odebrane – mój brat napisał do mnie kilka dni temu, że wyskoczył do biura zawodów podczas przerwy na lunch i zgarnął nasze paczki :). Trasa biegu jest taka:

Screen shot 2013-05-17 at 00.06.21

W Brukseli byłam wiele razy, ale niewiele mi ten rysunek mówi, więc w piątek lub sobotę przejedziemy się autem i wybadamy trasę. Póki co zostałam postraszona, że “podobno pierwsze siedem (siedem!!) kilometrów to lekki podbieg, no i na końcu (jak już będę i tak umierać) na dwudziestym kilometrze też jest podbieg”. Ratunku. Poza tym biegnę bez żadnych szmyry-wyry żeli czy innych dopalaczy, zwyczajnie nie miałam jak tego typu suplementów przygotować i przetestować. Chcę się dobrze bawić (przypomnę sobie te słowa po piętnastu kilometrach), sprawdzić w czymś nowym (co ja mówię…) i spędzić rodzinny weekend. W zeszłym tygodniu zrobiłam szesnaście kilometrów w upale, duchocie i szalonej burzy, więc cztery kilometry więcej, przy adrenalinowym szoku, chyba dam radę? No powiedzcie, że dam. Pocieszam się wizją pobiegowego barbecue i leżenia w przydomowym basenie z jakimś fajnym belgijskim piwem. Będzie dooobrze. Martwię się tylko trochę o moje buty, bo cały czas biegam w moich pierwszych Nike’ach (Lunary 3) i jakkolwiek je kocham, to tak jakby powoli coś zaczyna się z nimi dziać. Marzą mi się nowe buty biegowe na lato, ale póki co jestem spłukana dokumentnie i nieśmiało czekam na mój drobny zwrot podatku, żeby móc coś może upolować. Mam tylko nadzieję, że moje Lunary nie spłatają mi figla w Brukseli i ładnie poniosą do mety :).

Poza tym, ćwiczeniowo: odkrywam (to moje chyba trzecie, tym razem udane, podejście) Zuzkę Light. Napiszę więcej niedługo, bo kilka słów się programom Zuzki należy :). Bardzo na plus. Do tego duma mnie rozpiera, bo chyba wracam na właściwą drogę, co pokazuje Endomondo:

Screen shot 2013-05-17 at 00.05.28

Połowa maja, a objętość treningowa jak w całym kwietniu. Bardzo mnie to cieszy i czuję się też świetnie fizycznie. I nogi jakoś zaczynają nawet wyglądać…

Kończąc – polecam dwa wspaniałe śniadania. Ostatnio kiedy w pośpiechu zbieram się na poranne zajęcia, szybko przygotowuję sycący koktajl (miksowany trzepaczką do białek ;)): dwa średnie banany (przecież potrzebuję dużo energii), mleko (w idealnym świecie, gdzie za zakupy płacą rodzice – mleko sojowe… to za kilka tygodni), łyżka lub dwie płatków owsianych i/lub otrębów, łyżka miodu (zdarzyło mi się zamiast miodu, w wyjątkowo upalny poranek, wrzucić łyżkę lodów… ciii). Śniadanie drugie “ściągnęłam” od Emmy z blogu Inspiracje na Śniadanie i po prostu odleciałam. Wszystko przygotowałam “na oko”, bo przepis widziałam poprzedniego dnia i nie miałam jak zweryfikować ilości składników, ale udało się. W mojej wersji: płatki, jajka, curry, suszone pomidory, oliwki. P r z e p y s z n e.

Ciastka, które można (prawie) bezkarnie jeść :)

Nie jedz tego, to sam cukier! Nie jedz tego, to niezdrowe! Nie jedz tego, to nie ma żadnych wartości odżywczych! Tuczy (biegaj sobie, biegaj, ale kawałek do kawałka i w biodra pójdzie), zaśmieca organizm, przyzwyczaja do słodkiego i uzależnia. Nieeeee jeeeeedz! Jeśli sami sobie tak nie mówimy, to zawsze znajdzie się ktoś, kto coś podobnego powie. Niekoniecznie złośliwie (choć i tak bywa, ale takie przypadki się po prostu ignoruje), czasem w przypływie natchnionego dobrą wolą fanatyzmu (takie osoby traktujemy jako dary losu na ścieżce prowadzącej do nagromadzenia nieskończonych pokładów cierpliwości, wyrozumiałości i miłości do świata).

Jasne, ze słodkościami trzeba uważać. To prawda, słodkie uzależnia. Może prowadzić do cukrzycy (małe wyjaśnienie w komentarzach ;)). Nie powinno zastępować pełnowartościowych posiłków. Itakdalejitakdalejitakwnieskończoność. Nie dajmy się jednak zwariować :). Jest słodkie i słodkie. Są śmieciowe słodycze i słodycze… no, akceptowalne ;). Nie będę tu bronić białej czekolady (omnomnomnom, czyżbym w czwartek, dzień przed egzaminem, pochłonęła całą tabliczkę? Jestem przekonana, że to był sen, bardzo smaczny sen) czy lodów karmelowych (przysięgam, moje pierwsze lody od września!). Mam do zaproponowania coś naprawdę niewinnego… i zarazem przepysznego. Tak, tak, to się da pogodzić.

ciastka2

Orzechowo-pomarańczowe bezglutenowe (!) ciasteczka. Przepis autorstwa mojej bardzo dobrej koleżanki, Surabhi, z którą studiowałam w Londynie. Surabhi robi w kuchni prawdziwe czary-mary. Ilekroć zapraszała mnie na obiad, dosłownie fruwałam (dopóki pełen żołądek nie sprowadzał mnie z powrotem na krzesło) – niesamowite wyczucie smaków, doświadczenie mieszkania w kilkunastu miejscach na całym świecie, z naciskiem na Indie i Azję Wschodnią, przykładanie wagi do zdrowego odżywiania i ciągłe poszukiwanie kulinarnych inspiracji. S. często przynosiła na zajęcia lub spotkania swoje wypieki, którymi wprawiała wszystkich w zachwyt, dlatego z pełną odpowiedzialnością polecam jej nowy przepis na bezglutenowe ciasteczka. Pozostawiają duże pole do modyfikacji – można użyć innych orzechów (na przykład płatków migdałowych – ciasteczka byłyby bardziej miękkie i delikatne w smaku), można kombinować z innymi dodatkami… ale osobiście podoba mi się taki minimalizm i połączenie smaków.

Składniki:

1/4 szkl. masła
1/4 szkl. brązowego cukru
1/2 szkl. bezglutenowej mąki
1/3 szkl. kandyzowanej skórki z pomarańczy (lub mieszanki pomarańczowo-cytrynowej)
1/2 szkl. posiekanych/potłuczonych orzechów włoskich
1/2 łyżeczki (bezglutenowego) proszku do pieczenia
1 łyżeczka przypraw korzennych
1 łyżka cukru pudru (opcjonalnie)

Czary-mary:

Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni. Ucieramy masło z cukrem na gładką masę. Dodajemy proszek do pieczenia, mąkę, kandyzowaną skórkę, przyprawę, orzechy i łączymy wszystkie składniki. Formujemy kulki, spłaszczamy i układamy na blasze. Pieczemy do uzyskania złotawego koloru (ok. 18 minut, ale lepiej być czujnym). Zostawiamy do ostygnięcia i ewentualnie posypujemy cukrem pudrem.

ciastka1

ciastka3

Oryginalny przepis tu (klik), zdjęcia również z blogu Surabhi.

Aktywnie!

Po dziesięciu godzinach na uczelni (co w piątek uważam za skandal). Po treningu (uff…). Już z i w pozycji horyzontalnej – raportuję :). Od czasu mojego samobiczowania i skruszonego przyznania się do win (czyt. poprzedni wpis i żałośnie niskie słupki marcowe na endomondo), melduję poprawę. Biegową, ćwiczeniową – krótko mówiąc, dzieje się. Dzieje się o tyle przyjemnie, że wiosna atakuje. Śmiem twierdzić, że biegając wczoraj, lekko się opaliłam. Takie rzeczy. Z nieprzyjemnych aspektów to w sumie tyle, że za tydzień mam egzamin, za dwa kolejny oraz esej na poważny temat, do tego stresujące ubieganie się o fundusze na to i tamto, sprawdzanie skrzynki mejlowej na bezdechu i takie tam. Bez biegania i ćwiczeń chyba bym zwariowała.

Hitem obiadowym jest kasza gryczana (tak tak, przywiozłam sobie zapas z Polski!) z dodatkami (podduszone na czosnku cukinia, suszone pomidory, ciecierzyca, ew. odrobina śmietany) + sałata z octem balsamicznym. Proste, pyszne, sycące. Mniaaaam. Tak bardzo mniam, że jakoś nigdy nie zdążę zdjęcia zrobić…. Ku ogólnej uciesze zamieszczam za to zdjęcia, które powstały gdy weszłam w stan charakterystyczny dla dużego zmęczenia. Tak już czasem mam :).

adventurer-3

Photo on 2013-04-09 at 19.57 #4

Photo on 2013-04-09 at 19.59

Photo on 2013-04-09 at 20.00

Grunt to zdrowe odżywianie 😀