Będąc młodą łyżwiarką, czyli jak przetrwać na lodowisku

Lodowisko to jedno z bardziej niebezpiecznych sportowych miejsc na mapie miasta i zamierzam to dziś udowodnić. Mówię jak jest.

Od kiedy tylko gdańska ślizgawka przy Placu Zebrań Ludowo-Lodowych została otwarta, czyli od początku listopada, regularnie się tam pojawiam. Co prawda przy pierwszym wyjściu na łyżwy lekko panikowałam, bo przecież ostatnio jeździłam w liceum, a teraz mam w nodze metal i z pewnością jeśli sama nie zaliczę popisowej gleby, to ktoś we mnie wjedzie, przetnie mi nogę na pół, poleje się krew i nastąpi ogólna katastrofa. Cóż, póki co żadna z tych rzeczy, a tym bardziej wszystkie razem, nie miała miejsca.

Read More »

Advertisement

“Przestań, przecież nie biegam”

Głowy nie oszukasz. Możesz tłumić, tłamsić, ignorować… a jednocześnie zachowywać się jak schizofrenik, oglądając dziesiątki filmów, czytając książki, czy wreszcie zapisując się na lekcje z instruktorem. Możesz oficjalnie mówić, że rower to głównie w ramach rehabilitacji, no bo po co innego. Przecież w leżeniu na taborecie i ćwiczeniu rąk do kraula nie ma nic dziwnego. Nic. A gdy ktoś za dużo węszy i próbuje coś zasugerować, odpowiadasz: “Przestań, przecież nie biegam”.

Tylko potem… przykładasz głowę do poduszki i dzieją się rzeczy. Takie rzeczy.

Zaczyna się od tego, bez żadnych wstępów, że jestem w wodzie i płynę. No, jest słynna “pralka”, ale daję radę. Niezły czas, wychodzę z wody… gdzie mój rower?! (padają niecenzuralne słowa) Przecież ja nie mam roweru! To znaczy mam, ale w piwnicy setki kilometrów stąd i na pewno wymaga choćby spotkania z pompką. I ścierką. O przeglądzie nie wspominając. Ani o tym, że to typowy góral… Załamana (i mokra, przypominam) biegam wśród ciągle wychodzących z wody pływaków i błagam o pożyczenie roweru (co z tego, że potrzebują go tak samo, jak ja).

Kolejna scena.

Odbiór pakietu startowego – dostaję numer, jakieś żelki, wielką torbę cukierków-energetyków na trasę. Do startu coraz bliżej, a ja znów bez roweru – spanikowana czegoś szukam – w kozakach, codziennym stroju. Co tu robić, część zawodników już wystartowała, a ja nie mam roweru. Jestem zdeterminowana i zdesperowana; na balkoniku stoi kilkunastu pro kolarzy, a pod balkonom koło mnie ich czad szosy. Zadzieram głowę, błagalnie patrzę i proszę, żeby mi któryś swojego roweru użyczył. Nie wiem, co mówię, ąle nagle wszyscy się śmieją i podnoszą ręce krzycząc “ja pożyczę, ja!”. Dostaję rower, uświadamiam sobie, że to przecież spd, a ja tu w kozakach, no trudno. I jadę (nieważne, że tak jakby pomijam pływanie). Ruszam w momencie, gdy z wody wychodzą ostatni pływacy. Jedzie się lekko, wręcz frunę, wyjeżdżam z miasta, zostaję w tyle, ale dzielnie pedałuję. Wtem! Krajobraz się zmienia, grząski, mokry piach, gdzie ja z tą szosą, za mną dopiero 30 km, muszę prowadzić rower, zaczyna się ściemniać i jakoś tak niebezpiecznawo się robi. Nagle czuję się bardzo zmęczona, szybko kalkuluję w głowie, że gdy ja będę kończyć rower gdzieś hen daleko, większość będzie na mecie, a gdzie ja i półmaraton z chorą nogą! Decyduję się na powrót, spotykam grupkę dzieci – kolędników (mamy sierpień, ekhem), próbuję wrócić, choć jakoś droga prostsza się wydawała w drugą stronę. Gładka szosa zmieniła się w wąskie weneckie chodniki, ale powtarzam sobie, że jakoś trafię, a za rok wrócę przygotowana.

Nie nadążam za moją głową.

Na dwóch nogach. Swoich własnych.

Tadaaaaam, jupijeeeeeej, opa-opa, hurrrrrrra!

Odbiło, pogrzało, zwariowała? Nie. A może tak. Nieważne. Fruwam z radości, bo wracam do żywych. To znaczy do aktywnych sportowo. A konkretnie – żegnajcie kule. Po domu już śmigam na dwóch nogach, tych swoich. Jeśli wychodzę, to biorę jedną kulę, bardziej jako znak ostrzegawczy, bo nie chcę ryzykować szturchnięcia przez nawiedzonych turystów. No i na schodach się jeszcze ta jedna kula przydaje. Wczoraj w Ustce trochę dziwnie się czułam pomykając po plaży z jedną kulą, bo raczej sprawnie pokonywałam piach i korzenie. Hitem był moment, kiedy chciałam czegoś poszukać w kieszeni i kula mi mocno przeszkadzała. Na zatłoczonym deptaku wzięłam kulę pod pachę i idąc raźnym krokiem zaczęłam nurkować w kurtce. Ludzie, którzy jeszcze kilka sekund wcześniej patrzyli na mnie ze współczuciem, mieli miny, jakby zobaczyli ducha :D. Poniżej – pełnia szczęścia, kiedy sama ruszyłam w stronę morza.

seaside-6034 copy

seaside-6033 copy

Olaboga, nie mam kul! :-))
seaside-6019 copy

Nigdy bym się nie spodziewała, że będę się uśmiechać do ściany, bo mogę stanąć na jeszcze niedawno zabandażowanej, spuchniętej nodze. Pół godziny, kilkadziesiąt/set brzuszków, przysiadów, wymachów, dźwignięć. Tylko na klęczkach trudno coś robić, bo blizna jeszcze boli. Po dokładnie trzech miesiącach spróbowałam też zrobić kilka pompek – a przypomnę, że w maju byłam w połowie pompkowego wyzwania (100pompek.pl). No cóż, poległam po dziesięciu. Trzeba wrócić na właściwe tory, no bo jak to tak. Szukam teraz basenu na “od września”, na tenże basen dojedżać zamierzam na rowerze, a od października mam nadzieję powolutku zacząć tuptać-truchtać. Tańczyć już też zaczynam, delikatnie, ostrożnie, ale już coś! E k s p l o z j a radości, to chyba jakiś przełomowy moment, bo jeszcze dwa tygodnie temu był mały kryzysik i wątpliwości, czy ja w ogóle się zacznę ruszać jak człowiek.

Frustracja dietetyczna ;)

Zostanę posądzona o bluźnierstwo, ale naprawdę, można mieć dosyć włoskich węglowodanów i nie tylko. Kocham te wszystkie makarony (widząc je w sklepie za każdym razem dostaję oczopląsu i do tej pory nie ogarniam wszystkich rodzajów, grubości i subtelnych wywijasów, sprawiających, że makaron, który na pierwszy rzut oka wygląda identycznie jak ten obok, nosi jednak inną nazwę), piady, sery, suszone pomidory, marynowane karczochy, obłędne oliwki… ale mam ich dość. Po blisko czterech miesiącach poza Polską (i braku polskich sklepów – w Londynie to przynajmniej wystarczyło ruszyć trochę na zachód i klimat nie odbiegał wiele od ojczyźnianego… co było łatwo stwierdzić wsiadając w autobus/metro w kierunku Ealing i podsłuchując konwersacji pasażerów, używających wiadomego słowa nazbyt często), marzę o domowych przysmakach. Wystosowałam już nawet do Mamy mejla z listą życzeń, na którego dostałam odpowiedź rozpoczynającą się od “Moje Ty biedactwo!”. Sami rozumiecie, jest ciężko :D.

Jak to się objawia? No dzisiaj kryzysem dokumentnym – choć ssało mnie w żołądku, do południa nie byłam w stanie nic przełknąć. W końcu zmusiłam się do piady. Kilka godzin później byłam oczywiście głodna. W szafce miałam, a jakże, makaron, pesto i jakieś warzywka, więc na samą myśl zorbiło mi się słabo. No ale przecież byłam głodna. Wygramoliłam się spod koca (to bolało) i ruszyłam na polowanie. To znaczy do sklepu. Wymyśliłam sobie zapiekankę ziemniaczaną. Zrobienie zakupów, przygotowanie produktów, wreszcie sam proces pieczenia – trochę to trwało. Wyobraźcie sobie, jaka ja byłam głodna! Wyciągnęłam zapiekankę z piekarnika, spróbowałam – i po jednym kęsie stwierdziłam, że w sumie to ja nie jestem głodna. Owszem, pyszne było. Zmusiłam się do kilku widelców, bo przecież w planach trening, to trzeba się trochę doładować. Potem bezmyślnie przeżułam kilka żelków (wiwat zdrowe odżywianie) i zrezygnowana opadłam na fotel. Co za życie. Lekkim optymizmem napawa mnie wizja sałatki owocowej na śniadanie. Mango, banan, migdały. W sumie to może nawet ciastka owsiane upiekę. Czego to człowiek nie zrobi, żeby się nie uczyć do egzaminu. Pieczenie i wylewanie frustracji na blogasku wygrywa.

Jak tu ćwiczyć na takiej “diecie”? No to dziś nie ćwiczę. Chyba, że zdjęcie wyrzeźbionej E. Chodakowskiej zaatakuje mnie z monitora. To może jakiś ‘Skalpel’ machnę na dobranoc.

Tak, wiem, dzieci w Afryce głodują. Problemy Pierwszego Świata. Więcej tak nie będę, obiecuję. Ale dziś… no naprawdę. Musiałam.

Z mrocznej otchłani (albo ‘Po tygodniowej przerwie’)

“Jezu, ale sielanka biegowa… No napisz, że Cię boli, że Ci się nie chce, bo za chwilę biegać zacznie 40 milionów Polaków, i Włosi też, i co gorsza – Ruskie, a jak do nas przybiegną to może być kiepsko” – taki to komentarz kgb zostawił pod moim poprzednim wpisem. Spokojnie, Ruskie nie przybiegną. Dzień później wszystko poleciało na łeb, na szyję. W sensie plan poleciał. A mnie pokarało – przeziębieniem, rozmemłaniem, wyjazdem (to może kara nie była, ale wyjazd spowodował przedłużenie przerwy od biegania). Zresztą, słupki na run-logu mówią same za siebie:

Po czwartkowej euforii w sobotę nie było już śladu. To znaczy ślad był, ale zagłuszany przez gorączkowe majaczenie (“spokoooojnie, dzisiaj nie pójdziesz biegać, ale jutro zrobisz to swoje wyczekiwane długie wybieganie”). W niedzielę nadal miałam temperaturę, chodziłam naćpana jakimiś coldrexami i innymi pigułkami chorobowego (nie)szczęścia i zbierałam z podłogi resztki jasności umysłu, żeby ogarnąć uczelniane życie i być w stanie funkcjonować na spotkaniu z ludźmi ze studiów i przygotować prezentację. W poniedziałek byłam względnie zdrowa, nie wytrzymałam i po zajęciach wyrwałam się na nieco ponad 5 kilometrów po moim parkolesie. Mroooźne powietrze, ale chyba mi nie zaszkodziło, czułam jednak osłabienie pochorobowe. Wtorek i środa pociągania nosem i niechktośzatrzymaczas, w czwartek rano już wskakiwałam w pociąg do Bolonii (po co i dlaczego – tu). Wróciłam późnym wieczorem w sobotę. Tak to się popisowo roz…walił mój plan treningowy. Płacz i zgrzytanie zębów.

Jak wiadomo, lepiej być fighterem niż beksą ;-), dlatego w niedzielę odziałam się adekwatnie do warunków pogodowych i ruszyłam w las. Miało być znów pięć z kawałkiem (bo przerwa, bo szybko się ściemnia…), wyszło z kawałkiem, ale siedem, a mi było znów tak dobrze i szczęśliwie. Tempo trochę gorsze niż przed przerwą, ale też trasa miała kilka solidnych podbiegów. Nie ma co się załamywać, do półmaratonu jeszcze dużo czasu, nadrobię. Jutro dziesiątka z rana. Karaluchy pod poduchy, sen – ważna rzecz.

Przeprowadzka!

Następnego dnia po zgubieniu się w lesie… pobiegłam do lasu po raz drugi. Ta sama trasa, tym razem pokonywana świadomie, dlatego wyszło niecałe osiem kilometrów. Leśne tempo za pierwszym razem wyniosło 6:17/km, za drugim – 6:23/km. Chyba warto było takiego biegania spróbować, bo po powrocie do Gdańska miejskie bieganie też zyskało – zrobiłam 6,3 km w średnim tempie 5:52/km, co bardzo mnie cieszy, bo chciałabym już trzymać tempo poniżej 6:00/km na dystansach większych niż 5 km. Oprócz ostatniego kilometra, który spokojnie przetruchtałam, pierwsze pięć było w tempie wzrastającym. Chciałabym bardzo w najbliższym czasie wystartować w jakimś biegu na 10 km a na wiosnę marzy mi się półmaraton. Wygląda na to, że oba starty będą miały miejsce w Italii, bo tam na jakiś czas wybywam. Jeśli komuś wpadnie w oko jakiś bieg w okolicach Bolonii, ewentualnie Mediolanu lub w promieniu kilkudziesięciu kilometrów od tych miast – proszę o podzielenie się informacją. A może jakaś baza biegów w słonecznej krainie? Sama ruszam na internetowe poszukiwania i już nie mogę się doczekać odkrywania nowego miejsca w biegu. Kurtka i kozaki mogą do mnie dotrzeć paczką za kilka tygodni, ale ciuszki biegowe wylądowały w walizce w pierwszej kolejności 🙂

Poza tym – biegowy głód. Trzy dni bez treningu – pakowanie, żegnanie, spraw załatwianie. W ramach odstresowania – morze i długi spacer w Sobieszewie (jeśli ktoś się wybiera na północ, to polecam z całego serca, pięknie, pusto, poza sezonem – nic, tylko biegać) z M. Podciągam to pod intensywną aktywność fizyczną, bo przebieranie względnie krótkimi nóżkami po plaży obok dwumetrowego faceta wymaga trochę wysiłku 😉 Ale jutro – niematotamto, włoskie bieganie po raz pierwszy!

A tu prawie koniec gruzińskich opowieści. Jak ja tęsknię za tym krajem.

Tam-dam-di-ram…pa-ram-pam… czyli czego słucham, kiedy biegam

Nie będę się rozwodzić nad wyższością biegania z muzyką wobec biegania bez słuchawek. W przypadku biegania w mieście jest to dla mnie oczywiste. Jeśli chodzi o bieganie po lesie – w porządku, lepiej wsłuchać się w przyrodę. Stety-niestety (raczej niestety), rzadko dane mi jest biegać wśród nieskażonej zieleni, dlatego ipodowa kostka towarzyszy mi podczas większości treningów. Mam nawet na owej kostce wygrawerowane “keep calm and run on” – zamawiałam urządzenie on-line i za darmo można było zamówić wygrawerowanie dowolnego napisu 🙂

Większość piosenek na mojej playliście to utwory, z których śmieję się publicznie i wygłaszam wywody o ich muzycznej kiepskości. Co zrobić, skoro do takich najlepiej się biega:

Morandi – Colors

Pussycat Dolls – Don’t Cha

Rihanna – We found love, What’s my name, Man Down

Don Omar – Danza Kuduro

Imagination – Just an Illusion

The Black Eyed Peas – Just Can’t Get Enough

Garcia – Bamboleo

September – Cry For You

Shakira – Objection

Dirty Dancing OST – Be my baby

Michel Telo – Ai se eu te pego

+ mnóśtwo bachaty i salsy

Są oczywiście wyjątki, muzyka, której słucham także w pozabiegowych okolicznościach:

The xx – Intro

Two Door Cinema Club – Something Good Can Work

Foster the People – Pumped Up Kicks

Sara Tavares – Balance

Julia Marcell – Matrioszka

Beirut – Postcards from Italy

The Drums – Let’s go surfing

Eddie Vedder – Society

Edward Sharpe & The Magnetic Zeros – Home

Lana Del Rey – National Anthem

The Maccabees – Pelican

Quadron – Pressure

Jest mnóstwo utworów, które uważam za wyśmienite do biegania i za każdym razem, kiedy je słyszę, obiecuję sobie je ściągnąć. Ale jestem zwyczajnie zbyt leniwa i ciągle biegam z tym samym zestawem, ewentualnie przeskakując z playlisty “running” na “all songs” 🙂

P.S. Tu już pięć części relacji z Gruzji i Armenii: klik

Powróciwszy

Trzy tygodnie poza światem. Wrócona, szczęśliwa, melduję się na biegowo-blogowym podwórku. Jutro miał być Bieg Westerplatte (10km) ale 30-godzinna podróż, trzy samoloty z wariującą klimatyzacją, spanie na lotniskach, przenikające zimno w nocy w Gdańsku (gdzie armeńskie ponad 30 stopni o 23.oo?!), zmęczenie – i voila, zamiast nosa mam kran z katarem, zieję cebulą i trzęsę się w kilku bluzach i dresie. Nic to, dopóki jestem w stanie doczłapać do kuchni po herbatę, nie jest źle.

W związku z tym o bieganiu właściwym pewnie dopiero za kilka dni będzie, jednak może to i dobrze, bo wreszcie napiszę o urokach obciachowej playlisty biegowej, do czego zabieram się od… no, od dawna.

Jeśli kogoś relacja z Kaukazu i zdjęcia interesują, to zapraszam tu: klik.

A, jeszcze coś specjalnie dla Bo:

Wpis prawie tak długi, jak moje wybieganie

Dętka day. Albo raczej – dentka. Idąc dalej… słaby czarny humor się mnie dzisiaj trzyma. Do rzeczy więc. Po postawie biegającej, przyszedł czas na pozycję siedzącą, na ciepełko, na miękkiełko (huh?), nawet kubek inki się znalazł. Czego chcieć więcej?

(westchnięcie-jak to czego-westchnięcie-wina białego półsłodkiego gruzińskiego-westchnięcie-koniec tematu)

W pracy dzisiaj czułam się bliska przejścia na tamten świat od rana i już po niecałej godzinie przeglądania wiadomości musiałam ratować się przyklejaniem się do zimnych ścian w łazience. W sumie to bliżej niż na tamten świat było mi do zwolnienia się z pracy i pojechania do domu, ale ostatecznie zrezygnowałam i stwierdziłam, że i tak mi nikt nie uwierzy, że źle się czuję, a teatralne uderzenie głową w klawiaturę będzie o wiele bardziej przekonujące i, nie ukrywajmy, widowiskowe. To teraz patologia numer jeden: sekundy po tym, jak pomyślałam, że może by tu się zwolnić… nie, nie pomyślałam, że zasłużenie się zdrzemnę, poleżę, odpocznę. Nie. Moją pierwszą wizją było wskoczenie w biegowe ciuszki i DŁUGIE WYBIEGANIE. Tak właśnie. Czy ja przed chwilą napisałam, że ledwo stałam na nogach? Tja.

Wyszłam z pracy jak należy, pojechałam do domu. Cała mokra – kiedy wychodziłam z budynku, świeciło słońce, minutę później po przeciwnej stronie Placu Trzech Krzyży ktoś (no dobra, jakaś złośliwa chmura) postanowił sobie chlusnąć zdrowo. Jak to się mówi… OH WELL. W domu zastosowałam automanipulację (tak, sama siebie zmanipulowałam, to nie była nawet autosugestia czy perswazja) i przekonałam siebie, że jakieś 8km mi nie zaszkodzi (przynajmniej odpuściłam sobie długie wybieganie w stanie, jaki przedstawiałam). Wsunęłam porządną porcję węgli + pomidory z ziołami i… padłam. Te dziewięć pierogów mnie powaliło. „Muszę się zdrzemnąć, tylko 20 minut…”. Mhm. Alarm. Mój dziwacznie ustawiony alarm dzwoniący co dziewięć (nie mam pojęcia, dlaczego, musiałam to ustawić przez sen; swoją drogą – dziewięć pierogów, dziewięć minut, na dziewiątą miałam do pracy, dziewięć to mój numer w dzienniku w szkole, dzie… dobra, już, koniec) minut. Raz. I drugi. Pobudkaaaa. Nieprzytomnie wciągnęłam na siebie spodenki, koszulkę… już miałam iść po buty. Podniosłam się z łóżka i… OH WELL po raz drugi. Apokalipsa za oknem. Apokalipsa do kwadratu. Niebo miało kolor… to nie był ładny burzowy granat z gołębią szarością. Nie. To był kolor mętnej, mulistej rzeki zaprawionej czernią. Do tego niektóre chmury, przysięgam, były pionowe. Serio. Tu oczywiście apokalipsa urasta do rangi sześcianowej, ja stwierdzam, że to tornada z północy kraju przywędrowały nad Warszawę. Jest po 19.oo, co z bieganiem, no co to w ogóle ma być. Mija dziesięć, może piętnaście (nie, nie dziewięć) minut i… po sprawie. Przejaśnia się, jest świeżo, rześko i cudownie. Nie było co się zbyt długo zastanawiać, buty i fruu.

I pobiegłam. Z założeniem, że bez ciśnienia. Że ok, słabiej się czuję, więc mogę się czasem zatrzymać na kilka łyków wody z izotonikiem, odetchnąć, i biec dalej. Jak było? Dobiegłam do Łazienek (o radości… Park Łazienkowski po burzy = zero leniwych spacerowiczów, prawie sami biegacze, puste alejki, wspaniale), przebiegłam główną aleją (co te chińskie stwory i lampiony tam robią? fu), z uznaniem popatrzyłam na biegaczy robiących podbiegi na Agrykoli, pobiegłam dalej do Ujazdowskiego, powrót do Łazienek, boczne ścieżki, do punktu startu… i znowu cała główna aleja i z powrotem… i do domu. Wolno, spokojnie,  10,75km w 1:07:43, co ciekawe – im dłużej biegłam, tym więcej sił miałam – do 30-tej minuty się męczyłam, potem – biegło się genialnie, a już ostatnie dwadzieścia minut frunęłam.

Kończąc – o motywacji słów kilka. Dzisiaj po prostu wiedziałam, że chcę biegać – bo teoretycznie powodów miałam milion, żeby nie pobiec i nie tragedii by nie było. Chciałam, czułam, że tego potrzebuję – nawet jeśli miałabym sporo przeczłapać. Przedwczoraj tak prosto nie było. Owszem, na trening wyszłam z chęcią, ale biegnąc nieźle musiałam się nagimnastykować, żeby stawiać każdy kolejny krok. W końcu, bliska machnięcia ręką „na wszystko”, przeszłam do konkretów. I zaczęłam dosyć agresywny wewnętrzny monolog. Nie wiem, co psychologia na to, zapewne trzeba milej i łagodniej, trudno. Moja metoda na mnie działa, więcej mnie nie interesuje. Otóż zaczęłam w różnych formach sama się prowokować: „Za miesiąc wchodzisz na Kazbek, i co, wolisz tam umierać ze zmęczenia, czy teraz tu? Tu jest w miarę prosta ścieżka, biegniesz tylko z pasem z bidonem i kluczami, na Kaukazie będzie wielki plecak i góra, która ma ponad 5 tys. metrów… nie pobiegniesz teraz, nie wejdziesz na szczyt za miesiąc”. To ostatnie poskutkowało najbardziej 😉 Nie wyobrażam sobie nie zdobyć Kazbeku. Mówię oczywiście o swojej kondycji i formie, bo warunki pogodowe to rzecz niezależna, i jeżeli (tfu tfu) nie będzie warunków, żeby wejść, to nie będę ryzykować, bo to oczywista głupota i brak szacunku – dla gór i dla życia. Natomiast to, co mogę zrobić, żeby wejść – czyli zadbać o swoją kondycję i przygotowanie szeroko rozumiane, zrobię. I nie ma, że boli 🙂

Jutro dzień przerwy – cały dzień wypełniony, pojutrze zaatakuję 13km 🙂

Wieczornego biegania cd.

Z porannego biegania wyszło wielkie nic, bo gdy budzik zadzwonił o 5.45, byłam w stanie jedynie wydać z siebie bliżej nieokreślony dźwięk, mający oznaczać, że owszem, mogę wstać, ale będę umierać ze zmęczenia w pracy. Prawda to czy nie, w każdym razie nie wstałam. Natomiast wieczorem… co piętnaście minut wystawiałam głowę na balkon, niecierpliwie czekając na temperaturę znośną, by w ogóle zacząć myśleć o wyjściu z domu. O 20.oo stwierdziłam, że taki moment właśnie nadszedł. Z lekkim niepokojem uświadomiłam sobie, że zostało mi niecałe pół butelki wody, ale lepsze to niż nic. Ipod, telefon (tylko dlatego, że korzystam ze stopera w telefonie), klucze, banknot o najniższym nominale (przydał się w drodze powrotnej, gdy w jedynym czynnym sklepie dopadłam wodę i powerade’a). Na schodach zaczęłam przypinać ipoda i jakaż była moja rozpacz i niedowierzanie, gdy lampka baterii zamigotała na czerwono. Normalny człowiek machnąłby na to ręką i pobiegł. Ale nie ja. Zawróciłam, ze spuszczoną głową wróciłam do mieszkania i zaczęłam ładować kostkę, w duchu się z siebie śmiejąc. Posprzątałam, pokontemplowałam swoje roztrzepanie, i tym razem faktycznie poszłam biegać. Najpierw niecały kilometr do Ogrodu Saskiego, potem okrążenie wokół tegoż i kilka prostych od fontanny do końca parku. 24 minuty, 4,3km. Nogi chciały więcej, łatwo złapałam rytm, ale czułam, że automatyczne truchtanie byłoby głupotą, bo w pewnym momencie poczułam, jak przegrzewa mi się ciało. Wypiłam w międzyczasie wodę, ale było tak parno, że czułam, jak pocą mi się uszy. I broda. I powieki. Nie wiem, czy jakiś skrawek mojego ciała się nie pocił 😉  Dobiegłam do ławki, porozciągałam się, utłukłam kilka bezczelnych komarów (jak widać, istnieją stworzenia, których człowiek w takim stanie nie odstrasza), próbujących pozbawić mnie krwi i postanowiłam iść do domu. Była 21.3o, nadal tak samo parno, wielu biegaczy na ulicach. Wcześniej się nie da. A padać zaczyna dzisiaj dopiero teraz – wyjątkowo późno, bo tuż przed północą.

 Królestwo za bryłę lodu 2x2m, na której można by się rozpłaszczyć do końca świata, albo chociaż tych upałów.

***

A propos telefonu. Albo raczej powodu, dla którego z nim biegam. Tak jak napisałam – chodzi o stoper. Przed dzisiejszym bieganiem spędziłam dobre dwie godziny oglądając pulsometry i zegarki do biegania w internetach. Wiedzy i orientacji w temacie mi nie przybyło, chyba jeszcze bardziej zakręciło mi się w głowie. Oczywiście trzepoczę rzęsami do Polarów i Garminów z najwyższej półki, ale realne możliwości to jakieś 400 złotych (maksymalnie). Zależy mi na pomiarze dystansu, pulsu, kalorii – to przede wszystkim. Zdaję sobie sprawę, że dokładny pomiar to tylko z GPS-sem, ale to chyba jeszcze musi poczekać. Znalazłam to: http://www.sklep-presto.pl/product-pol-23825-Zegarek-outdoor-damski-Accelerator-Carnation-Wms-Tech40.html, http://www.asport.pl/p/20565,320/zegarek-z-pulsometrem-i-sensorem-krokow-health-touch–8482–plus-timex/ i http://www.runexpert.pl/product-pol-2158-Pulsometr-Sigma-RC-1209.html.

A propos 2 – ipod. Nie wyobrażam sobie treningu bez muzyki. Tyczy się to treningu w mieście, bo w lesie wydaje mi się barbarzyństwem zagłuszać przyrodę jakąś Rihanną czy innym Danza Kuduro (tak, tego właśnie słucham, jak biegam – muzyka, która w każdej innej sytuacji sprawia, że przewracam oczami z przerażeniem i chcę uciekać, jest idealna do biegania;)). W każdym razie, jak pokazał dzisiejszy trening, ipod musi być. Mały, zgrabny shuffle. 2GB mieści wszystko, co mi do szczęścia potrzebne. Pamiętam, że kiedy go kupowałam, miał być moją motywacją biegową – i poniekąd jest. Z tyłu mam wygrawerowane (kupując on-line, o czym nie miałam pojęcia, a było bardzo miłą niespodzianką, można wybrać opcję wygrawerowania dowolnego napisu) „keep calm and run on” i tego się trzymam 🙂 Wyjątkiem było bieganie poniedziałkowe z bratem moim – przecież nie wcisnęam sobie w uszy słuchawek. Był to jednocześnie niezły sprawdzian, czy biegamy wempie konweracyjnym – na szczęście tak. Da się więc bez muzyki… ale obowiązkowo w towarzystwie.