Będąc młodą łyżwiarką, czyli jak przetrwać na lodowisku

Lodowisko to jedno z bardziej niebezpiecznych sportowych miejsc na mapie miasta i zamierzam to dziś udowodnić. Mówię jak jest.

Od kiedy tylko gdańska ślizgawka przy Placu Zebrań Ludowo-Lodowych została otwarta, czyli od początku listopada, regularnie się tam pojawiam. Co prawda przy pierwszym wyjściu na łyżwy lekko panikowałam, bo przecież ostatnio jeździłam w liceum, a teraz mam w nodze metal i z pewnością jeśli sama nie zaliczę popisowej gleby, to ktoś we mnie wjedzie, przetnie mi nogę na pół, poleje się krew i nastąpi ogólna katastrofa. Cóż, póki co żadna z tych rzeczy, a tym bardziej wszystkie razem, nie miała miejsca.

Read More »

Advertisements

“Przestań, przecież nie biegam”

Głowy nie oszukasz. Możesz tłumić, tłamsić, ignorować… a jednocześnie zachowywać się jak schizofrenik, oglądając dziesiątki filmów, czytając książki, czy wreszcie zapisując się na lekcje z instruktorem. Możesz oficjalnie mówić, że rower to głównie w ramach rehabilitacji, no bo po co innego. Przecież w leżeniu na taborecie i ćwiczeniu rąk do kraula nie ma nic dziwnego. Nic. A gdy ktoś za dużo węszy i próbuje coś zasugerować, odpowiadasz: “Przestań, przecież nie biegam”.

Tylko potem… przykładasz głowę do poduszki i dzieją się rzeczy. Takie rzeczy.

Zaczyna się od tego, bez żadnych wstępów, że jestem w wodzie i płynę. No, jest słynna “pralka”, ale daję radę. Niezły czas, wychodzę z wody… gdzie mój rower?! (padają niecenzuralne słowa) Przecież ja nie mam roweru! To znaczy mam, ale w piwnicy setki kilometrów stąd i na pewno wymaga choćby spotkania z pompką. I ścierką. O przeglądzie nie wspominając. Ani o tym, że to typowy góral… Załamana (i mokra, przypominam) biegam wśród ciągle wychodzących z wody pływaków i błagam o pożyczenie roweru (co z tego, że potrzebują go tak samo, jak ja).

Kolejna scena.

Odbiór pakietu startowego – dostaję numer, jakieś żelki, wielką torbę cukierków-energetyków na trasę. Do startu coraz bliżej, a ja znów bez roweru – spanikowana czegoś szukam – w kozakach, codziennym stroju. Co tu robić, część zawodników już wystartowała, a ja nie mam roweru. Jestem zdeterminowana i zdesperowana; na balkoniku stoi kilkunastu pro kolarzy, a pod balkonom koło mnie ich czad szosy. Zadzieram głowę, błagalnie patrzę i proszę, żeby mi któryś swojego roweru użyczył. Nie wiem, co mówię, ąle nagle wszyscy się śmieją i podnoszą ręce krzycząc “ja pożyczę, ja!”. Dostaję rower, uświadamiam sobie, że to przecież spd, a ja tu w kozakach, no trudno. I jadę (nieważne, że tak jakby pomijam pływanie). Ruszam w momencie, gdy z wody wychodzą ostatni pływacy. Jedzie się lekko, wręcz frunę, wyjeżdżam z miasta, zostaję w tyle, ale dzielnie pedałuję. Wtem! Krajobraz się zmienia, grząski, mokry piach, gdzie ja z tą szosą, za mną dopiero 30 km, muszę prowadzić rower, zaczyna się ściemniać i jakoś tak niebezpiecznawo się robi. Nagle czuję się bardzo zmęczona, szybko kalkuluję w głowie, że gdy ja będę kończyć rower gdzieś hen daleko, większość będzie na mecie, a gdzie ja i półmaraton z chorą nogą! Decyduję się na powrót, spotykam grupkę dzieci – kolędników (mamy sierpień, ekhem), próbuję wrócić, choć jakoś droga prostsza się wydawała w drugą stronę. Gładka szosa zmieniła się w wąskie weneckie chodniki, ale powtarzam sobie, że jakoś trafię, a za rok wrócę przygotowana.

Nie nadążam za moją głową.

Na dwóch nogach. Swoich własnych.

Tadaaaaam, jupijeeeeeej, opa-opa, hurrrrrrra!

Odbiło, pogrzało, zwariowała? Nie. A może tak. Nieważne. Fruwam z radości, bo wracam do żywych. To znaczy do aktywnych sportowo. A konkretnie – żegnajcie kule. Po domu już śmigam na dwóch nogach, tych swoich. Jeśli wychodzę, to biorę jedną kulę, bardziej jako znak ostrzegawczy, bo nie chcę ryzykować szturchnięcia przez nawiedzonych turystów. No i na schodach się jeszcze ta jedna kula przydaje. Wczoraj w Ustce trochę dziwnie się czułam pomykając po plaży z jedną kulą, bo raczej sprawnie pokonywałam piach i korzenie. Hitem był moment, kiedy chciałam czegoś poszukać w kieszeni i kula mi mocno przeszkadzała. Na zatłoczonym deptaku wzięłam kulę pod pachę i idąc raźnym krokiem zaczęłam nurkować w kurtce. Ludzie, którzy jeszcze kilka sekund wcześniej patrzyli na mnie ze współczuciem, mieli miny, jakby zobaczyli ducha :D. Poniżej – pełnia szczęścia, kiedy sama ruszyłam w stronę morza.

seaside-6034 copy

seaside-6033 copy

Olaboga, nie mam kul! :-))
seaside-6019 copy

Nigdy bym się nie spodziewała, że będę się uśmiechać do ściany, bo mogę stanąć na jeszcze niedawno zabandażowanej, spuchniętej nodze. Pół godziny, kilkadziesiąt/set brzuszków, przysiadów, wymachów, dźwignięć. Tylko na klęczkach trudno coś robić, bo blizna jeszcze boli. Po dokładnie trzech miesiącach spróbowałam też zrobić kilka pompek – a przypomnę, że w maju byłam w połowie pompkowego wyzwania (100pompek.pl). No cóż, poległam po dziesięciu. Trzeba wrócić na właściwe tory, no bo jak to tak. Szukam teraz basenu na “od września”, na tenże basen dojedżać zamierzam na rowerze, a od października mam nadzieję powolutku zacząć tuptać-truchtać. Tańczyć już też zaczynam, delikatnie, ostrożnie, ale już coś! E k s p l o z j a radości, to chyba jakiś przełomowy moment, bo jeszcze dwa tygodnie temu był mały kryzysik i wątpliwości, czy ja w ogóle się zacznę ruszać jak człowiek.

Frustracja dietetyczna ;)

Zostanę posądzona o bluźnierstwo, ale naprawdę, można mieć dosyć włoskich węglowodanów i nie tylko. Kocham te wszystkie makarony (widząc je w sklepie za każdym razem dostaję oczopląsu i do tej pory nie ogarniam wszystkich rodzajów, grubości i subtelnych wywijasów, sprawiających, że makaron, który na pierwszy rzut oka wygląda identycznie jak ten obok, nosi jednak inną nazwę), piady, sery, suszone pomidory, marynowane karczochy, obłędne oliwki… ale mam ich dość. Po blisko czterech miesiącach poza Polską (i braku polskich sklepów – w Londynie to przynajmniej wystarczyło ruszyć trochę na zachód i klimat nie odbiegał wiele od ojczyźnianego… co było łatwo stwierdzić wsiadając w autobus/metro w kierunku Ealing i podsłuchując konwersacji pasażerów, używających wiadomego słowa nazbyt często), marzę o domowych przysmakach. Wystosowałam już nawet do Mamy mejla z listą życzeń, na którego dostałam odpowiedź rozpoczynającą się od “Moje Ty biedactwo!”. Sami rozumiecie, jest ciężko :D.

Jak to się objawia? No dzisiaj kryzysem dokumentnym – choć ssało mnie w żołądku, do południa nie byłam w stanie nic przełknąć. W końcu zmusiłam się do piady. Kilka godzin później byłam oczywiście głodna. W szafce miałam, a jakże, makaron, pesto i jakieś warzywka, więc na samą myśl zorbiło mi się słabo. No ale przecież byłam głodna. Wygramoliłam się spod koca (to bolało) i ruszyłam na polowanie. To znaczy do sklepu. Wymyśliłam sobie zapiekankę ziemniaczaną. Zrobienie zakupów, przygotowanie produktów, wreszcie sam proces pieczenia – trochę to trwało. Wyobraźcie sobie, jaka ja byłam głodna! Wyciągnęłam zapiekankę z piekarnika, spróbowałam – i po jednym kęsie stwierdziłam, że w sumie to ja nie jestem głodna. Owszem, pyszne było. Zmusiłam się do kilku widelców, bo przecież w planach trening, to trzeba się trochę doładować. Potem bezmyślnie przeżułam kilka żelków (wiwat zdrowe odżywianie) i zrezygnowana opadłam na fotel. Co za życie. Lekkim optymizmem napawa mnie wizja sałatki owocowej na śniadanie. Mango, banan, migdały. W sumie to może nawet ciastka owsiane upiekę. Czego to człowiek nie zrobi, żeby się nie uczyć do egzaminu. Pieczenie i wylewanie frustracji na blogasku wygrywa.

Jak tu ćwiczyć na takiej “diecie”? No to dziś nie ćwiczę. Chyba, że zdjęcie wyrzeźbionej E. Chodakowskiej zaatakuje mnie z monitora. To może jakiś ‘Skalpel’ machnę na dobranoc.

Tak, wiem, dzieci w Afryce głodują. Problemy Pierwszego Świata. Więcej tak nie będę, obiecuję. Ale dziś… no naprawdę. Musiałam.

Z mrocznej otchłani (albo ‘Po tygodniowej przerwie’)

“Jezu, ale sielanka biegowa… No napisz, że Cię boli, że Ci się nie chce, bo za chwilę biegać zacznie 40 milionów Polaków, i Włosi też, i co gorsza – Ruskie, a jak do nas przybiegną to może być kiepsko” – taki to komentarz kgb zostawił pod moim poprzednim wpisem. Spokojnie, Ruskie nie przybiegną. Dzień później wszystko poleciało na łeb, na szyję. W sensie plan poleciał. A mnie pokarało – przeziębieniem, rozmemłaniem, wyjazdem (to może kara nie była, ale wyjazd spowodował przedłużenie przerwy od biegania). Zresztą, słupki na run-logu mówią same za siebie:

Po czwartkowej euforii w sobotę nie było już śladu. To znaczy ślad był, ale zagłuszany przez gorączkowe majaczenie (“spokoooojnie, dzisiaj nie pójdziesz biegać, ale jutro zrobisz to swoje wyczekiwane długie wybieganie”). W niedzielę nadal miałam temperaturę, chodziłam naćpana jakimiś coldrexami i innymi pigułkami chorobowego (nie)szczęścia i zbierałam z podłogi resztki jasności umysłu, żeby ogarnąć uczelniane życie i być w stanie funkcjonować na spotkaniu z ludźmi ze studiów i przygotować prezentację. W poniedziałek byłam względnie zdrowa, nie wytrzymałam i po zajęciach wyrwałam się na nieco ponad 5 kilometrów po moim parkolesie. Mroooźne powietrze, ale chyba mi nie zaszkodziło, czułam jednak osłabienie pochorobowe. Wtorek i środa pociągania nosem i niechktośzatrzymaczas, w czwartek rano już wskakiwałam w pociąg do Bolonii (po co i dlaczego – tu). Wróciłam późnym wieczorem w sobotę. Tak to się popisowo roz…walił mój plan treningowy. Płacz i zgrzytanie zębów.

Jak wiadomo, lepiej być fighterem niż beksą ;-), dlatego w niedzielę odziałam się adekwatnie do warunków pogodowych i ruszyłam w las. Miało być znów pięć z kawałkiem (bo przerwa, bo szybko się ściemnia…), wyszło z kawałkiem, ale siedem, a mi było znów tak dobrze i szczęśliwie. Tempo trochę gorsze niż przed przerwą, ale też trasa miała kilka solidnych podbiegów. Nie ma co się załamywać, do półmaratonu jeszcze dużo czasu, nadrobię. Jutro dziesiątka z rana. Karaluchy pod poduchy, sen – ważna rzecz.

Przeprowadzka!

Następnego dnia po zgubieniu się w lesie… pobiegłam do lasu po raz drugi. Ta sama trasa, tym razem pokonywana świadomie, dlatego wyszło niecałe osiem kilometrów. Leśne tempo za pierwszym razem wyniosło 6:17/km, za drugim – 6:23/km. Chyba warto było takiego biegania spróbować, bo po powrocie do Gdańska miejskie bieganie też zyskało – zrobiłam 6,3 km w średnim tempie 5:52/km, co bardzo mnie cieszy, bo chciałabym już trzymać tempo poniżej 6:00/km na dystansach większych niż 5 km. Oprócz ostatniego kilometra, który spokojnie przetruchtałam, pierwsze pięć było w tempie wzrastającym. Chciałabym bardzo w najbliższym czasie wystartować w jakimś biegu na 10 km a na wiosnę marzy mi się półmaraton. Wygląda na to, że oba starty będą miały miejsce w Italii, bo tam na jakiś czas wybywam. Jeśli komuś wpadnie w oko jakiś bieg w okolicach Bolonii, ewentualnie Mediolanu lub w promieniu kilkudziesięciu kilometrów od tych miast – proszę o podzielenie się informacją. A może jakaś baza biegów w słonecznej krainie? Sama ruszam na internetowe poszukiwania i już nie mogę się doczekać odkrywania nowego miejsca w biegu. Kurtka i kozaki mogą do mnie dotrzeć paczką za kilka tygodni, ale ciuszki biegowe wylądowały w walizce w pierwszej kolejności 🙂

Poza tym – biegowy głód. Trzy dni bez treningu – pakowanie, żegnanie, spraw załatwianie. W ramach odstresowania – morze i długi spacer w Sobieszewie (jeśli ktoś się wybiera na północ, to polecam z całego serca, pięknie, pusto, poza sezonem – nic, tylko biegać) z M. Podciągam to pod intensywną aktywność fizyczną, bo przebieranie względnie krótkimi nóżkami po plaży obok dwumetrowego faceta wymaga trochę wysiłku 😉 Ale jutro – niematotamto, włoskie bieganie po raz pierwszy!

A tu prawie koniec gruzińskich opowieści. Jak ja tęsknię za tym krajem.

Tam-dam-di-ram…pa-ram-pam… czyli czego słucham, kiedy biegam

Nie będę się rozwodzić nad wyższością biegania z muzyką wobec biegania bez słuchawek. W przypadku biegania w mieście jest to dla mnie oczywiste. Jeśli chodzi o bieganie po lesie – w porządku, lepiej wsłuchać się w przyrodę. Stety-niestety (raczej niestety), rzadko dane mi jest biegać wśród nieskażonej zieleni, dlatego ipodowa kostka towarzyszy mi podczas większości treningów. Mam nawet na owej kostce wygrawerowane “keep calm and run on” – zamawiałam urządzenie on-line i za darmo można było zamówić wygrawerowanie dowolnego napisu 🙂

Większość piosenek na mojej playliście to utwory, z których śmieję się publicznie i wygłaszam wywody o ich muzycznej kiepskości. Co zrobić, skoro do takich najlepiej się biega:

Morandi – Colors

Pussycat Dolls – Don’t Cha

Rihanna – We found love, What’s my name, Man Down

Don Omar – Danza Kuduro

Imagination – Just an Illusion

The Black Eyed Peas – Just Can’t Get Enough

Garcia – Bamboleo

September – Cry For You

Shakira – Objection

Dirty Dancing OST – Be my baby

Michel Telo – Ai se eu te pego

+ mnóśtwo bachaty i salsy

Są oczywiście wyjątki, muzyka, której słucham także w pozabiegowych okolicznościach:

The xx – Intro

Two Door Cinema Club – Something Good Can Work

Foster the People – Pumped Up Kicks

Sara Tavares – Balance

Julia Marcell – Matrioszka

Beirut – Postcards from Italy

The Drums – Let’s go surfing

Eddie Vedder – Society

Edward Sharpe & The Magnetic Zeros – Home

Lana Del Rey – National Anthem

The Maccabees – Pelican

Quadron – Pressure

Jest mnóstwo utworów, które uważam za wyśmienite do biegania i za każdym razem, kiedy je słyszę, obiecuję sobie je ściągnąć. Ale jestem zwyczajnie zbyt leniwa i ciągle biegam z tym samym zestawem, ewentualnie przeskakując z playlisty “running” na “all songs” 🙂

P.S. Tu już pięć części relacji z Gruzji i Armenii: klik