Fitness Blender

To będzie wpis na fali mojej ekscytacji powrotem to regularnej aktywności. Endorfiny buzują, emocjonalność w przestworzach i tak dalej.

Otóż. Genialne treningi znalazłam. Podejrzewam, że jestem ostatnią lamą internetową i większość towarzystwa zapewne serię Fitness Blender zna, jednak może się ktoś uchował i ta informacja mu się przyda. Dla mnie Fitness Blender to coś nowego. Lubię treningi E. Chodakowskiej i nie zamierzam ich porzucać na zawsze, ale trochę tam dla mnie wszystkiego za dużo – gadania, koloru, ozdobników… Tutaj mamy postać na białym tle, konkretne instrukcje i heja, że tak się kolokwialnie wyrażę. Mi to odpowiada – na Chodakowską patrzę i myślę, że takiego brzucha to ja nigdy mieć nie będę. Na Fitness Blenderze jakoś nie zwracam uwagi na brzuch instruktorki (choć fajny), bo jej sylwetka bardziej przypomina mi ludzika Lego albo innego plastusia. Neutralna jest. A motywacyjnie to ja wolę na swój brzuch w lustrze patrzeć i przez zaciśnięte zęby mówić coś w stylu “giń, tłuszczu”.

Read More »

Advertisements

2 m-ce rozmemłania – taka sytuacja

No dobrze. Dzisiaj konkrety.

Od kiedy skończył mi się karnet na basen w połowie grudnia, wszystko się posypało. Wszystko ćwiczeniowo. Nie, nie leżałam na kanapie wciągając czekoladki, ale posypało się. W styczniu wyjechałam na staż, zaraz potem do Rosji, gdzie jestem teraz, porządek dzienny wywrócił mi się do góry nogami i pół życia też. Nie rozwodząc się zbytnio, powtórzę – wszystko się posypało aktywnościowo. Niby machnęłam czasem jakieś pompki, brzuszki, pokręciłam na rowerku, gdy przyjechałam do domu, w Brukseli poćwiczyłam na Wii, ale można to wszystko na palcach jednej ręki policzyć. I kurczę, im dłużej nic się nie robi, tym trudniej coś zrobić. I wścieka się człowiek na siebie okrutnie (no dobrze, najpierw się nie wścieka, tylko powtarza codziennie “taka jestem zmęczona, muszę odsapnąć po pracy” – no i tak odsapuje do 21, film, winko, wyjście do znajomych, na piwo, długa kąpiel…). Nie wiem, kiedy minęły dwa miesiące – tak jakby w mgnieniu oka… Ocknęłam się kilka dni temu z tego letargu, kiedy stwierdziłam, że jakaś “pospinana” jestem, ciągle senna, wszystko nie tak. Raz i drugi zabolało kolano niewytłumaczalnie (o tyle wytłumaczalnie, że mam tam gwóźdź, ale przy regularnych ćwiczeniach było już bardzo dobrze). Napatrzyłam się na ociężałe, ospałe Rosjanki – matrony w kożuchach, z oplecionymi żylakami nogami, na Rosjan kopcących najtańsze papierosy pod przystankową wiatą… zakrztusiłam się dymem i pomyślałam “Ewa, ratuj się, póki możesz”. Do tego dwa tygodnie temu robiłam moje standardowe badania tarczycowe i… klops. Moja od prawie dwóch lat ustabilizowana tarczyca ześwirowała znów, niedoczynność welcome to – ponownie. Oraz oczywiście niedobór witaminy D3, więc teraz łykam solidną dawkę codziennie (choć w tym ciemnym Petersburgu to i dwie tabletki to za mało chyba).

Read More »

Guess who’s back?

Tak, wiem. Ostatni wpis w połowie listopada. Na fejsbuku też cisza. Z nowym rokiem wpadłam w wir wyjazdowo-stażowo-deadlinowy i jeszcze trochę to szaleństwo potrwa, bo za kilka dni znów wyjeżdżam i jest to skok w paszczę lwa, z bardzo słabą znajomością języka, wiszącą mi nad głową magisterką i ogólnie mocno na wariackich papierach. Stąd nie obiecuję wielkiej blogowej regularności, sportowo u mnie średnio ostatnio, nad czym ubolewam i co mocno odczuwam, ale czynię już kroki ku poprawie. Poza tym… mam wrażenie, że ostatnio większość blogów mieli to samo, mnóstwo wpisów-zapychaczy, mnóstwo mnożących się blogów o niczym – pewnie, nie muszę tego czytać, ale czasem to już witki opadają.

Read More »