14. Poznań Maraton – zwycięzcy, diamenty… a także królowie, prezydenci i zwierzęta

Poznań. Od momentu, kiedy wysiadłam z pociągu na poznańskim dworcu w piątek wieczorem, poczułam się w Poznaniu fantastycznie. I przez cały wyjazd utwierdzałam się w przekonaniu, że mogłabym w Poznaniu mieszkać. Dochodziła 23.00, na ulicach mnóstwo pomocnych ludzi (każdy, do kogo zwróciłam się o pomoc, z uśmiechem mi jej udzielał), śmiesznie tani bilet weekendowy, bezpiecznie. A w tramwaju studenckie świeżaki podekscytowane kolejną imprezą… Honorata i Tomek odebrali mnie z tramwaju, a jako że studenckie szaleństwa już za nami, to zaszyliśmy się w domu… i prawdopodobnie siedzieliśmy dłużej niż imprezujący studenci 😉 Dodatkowy plus dla Poznania za to, że w ogóle nie bolała mnie noga, nie było tego irytującego kłucia w kolanie – a cały weekend “przełażony”. No fajny ten Poznań, fajny.

W sobotę ustaliliśmy strategię kibicowania – chcieliśmy być w dwóch miejscach, około 30 kilometra i na finiszu. Trasa maratonu na to pozwalała, więc cacy. Pokazałam Honi i Tomkowi listę numerów i osób, których mamy wypatrywać (“Ewa, ilu ty masz znajomych!” :D), obejrzeliśmy jakiś straszny film, po którym dla rozładowania napięcia trzeba było obejrzeć kilka jutubowych hitów, w tym, hit nad hitami. Już wiedzieliśmy, jak trzeba będzie kibicować.

W niedzielę, kiedy o 9.00 zwlekałyśmy się z łóżka, w myślach westchnęłam tylko, kiedy uświadomiłam sobie, że właśnie rusza maraton i tysiące osób są już na nogach od dobrych kilku godzin. Honi stwierdziła, że dlatego właśnie nawet nie bierze się za bieganie, bo maratony startują w niedzielę o 9.00, więc zostanie przy MTB 😉

Na końcu Warszawskiej byłyśmy parę minut po 11.00, po chwili dołączył do nas Tomek z aparatem – poniższe zdjęcia są z przedziału ok. 11.15-11.35 na tym odcinku (w albumie na google + pewnie do 11.45). Panowie (i kilka pań) biegli naprawdę żwawo, niektórzy wręcz wzorcowo odbijali się ze śródstopia i prezentowali piękną linię, inni lekko już dogorywali…

poznan-0014

poznan-0024

poznan-0034

poznan-0038

poznan-0045

poznan-0076

poznan-0093

A kogo my tu mamy? O 11.35 pokazał nam się Błażej, na szczęście biegł naszą stroną, więc mimo braku jednej soczewki, udało mi się go zobaczyć. Jedno krótkie, acz treściwe hasło…

poznan-0104

… i proszę, jaki efekt. Wystarczy porównać z panem na drugim planie, by zrozumieć efekt porządnego dopingu 🙂

poznan-0111

Jeszcze chwilę zagrzewaliśmy do boju biegnących na 3:30, po czym wskoczyliśmy w tramwaj i podjechaliśmy pod Targi. Idziemy sobie wzdłuż barierek finiszowych, mijamy metę, gdy Tomek mówi “A to nie Błażej właśnie przebiega metę?”. Zawróciliśmy więc do strefy oddawania chipów, złapaliśmy Błażeja na kilka słów (no po prostu świecił endorfinami!), popatrzyliśmy na zafoliowanych batmanów i ruszyliśmy na poszukiwanie dobrego miejsca do kibicowania na finiszu. Ostatnia prosta była obłożona, zresztą zależało mi na dodawaniu sił na końcówce, ale niekoniecznie na ostatnich metrach, gdzie doping był wystarczający i uznałam, że i tak większość frunie tam niesiona widokiem mety. Ochroniarz nie chciał nas wypuścić przez bramę (“Organizator powiedział, żeby nie wypuszczać, to nie wypuszczę, to Polska jest, są zasady!”), zaczęłam więc nawijać o złamanej nodze, i że przecież nie będę teraz okrążać całych Targów. Nie podobało mu się to, ale ktoś uchylił bramę i wyszliśmy.

poznan-0146

poznan-0148

Stanęliśmy na wyjściu z ostatniego, podobno masakrycznego podbiegu po kostce, i zaczęliśmy krzyczeć. Kurczę, ale to wkręca… po chwili już nadawałam bez przerwy. Były przybijane piątki, uśmiechy, mniej lub bardziej wylewne podziękowania od biegaczy, a co najmniej kilkanaście osób zmobilizowaliśmy do biegu. Na tym odcinku widzieliśmy Emilię, która z szerokim uśmiechem pobiegła do mety.

poznan-0155

poznan-0165

poznan-0166

poznan-0175

Ja co jakiś czas szeptałam tylko “O nie, oni tak cierpią, nie mogę na to patrzeć”, ocierałam pieczące dłonie, i klaskałam i krzyczałam dalej.

poznan-0179

poznan-0196

poznan-0211

“Dajesz dajesz, nie zwalniamy, walczymy do końca, mocny finisz, ostatnie 200 metrów (chyba było trochę więcej), ogień do mety! Kim jesteś? Jesteś zwycięzcą!”

“Zaraz meta! Tam są pomarańcze i powerade, widziałam, biegnij!”

“Król biegnie!”

poznan-0235

“Zwierzęta górą!”

poznan-0239

W pewnym momencie zobaczyłam biegacza z numerem “1”. Niewiele myśląc, zaczęłam krzyczeć “Biegnie numer jeden! Mocnoooo! Dajesz!”. Honorata i Tomek spojrzeli na mnie z lekką konsternacją, biegacz numer “1” także.
Ja: No co?
Tomek: To był prezydent Poznania… zaraz będzie telefon z biura…
Ja: Taaaak, będą szukać tej osoby, która go tak dopingowała i dostanę nagrodę!
Tomek: Albo karę za znieważenie.
No cóż, na maratonie wszyscy są równi 😉

Tomek poszedł na Targi oglądać rowery, my kibicowałyśmy prawie do końca. Gdy już człapali coraz bardziej zmęczeni biegacze, nagle zza zakrętu wybiegł pan wyglądający bardzo świeżo i profesjonalnie. Zaczęłyśmy do niego krzyczeć, na co on się odwrócił i krzyknął “Spokojnie, ja już drugie okrążenie robię”. Nieźle… zdążyłam jeszcze odkrzyknąć “Tak pan wygląda!”, po czym uświadomiłam sobie, że mógł mnie źle zrozumieć – przesłanie było takie, że wygląda tak “pro”, że nic dziwnego, że śmiga drugie okrążenie i tak dobrze wygląda. Także tego.

Podsumowując – w Poznaniu było genialnie. Pierwszy maraton, podczas którego kibicowałam, ale w porównaniu z innymi biegami, jakie widziałam, było najlepiej. W Brukseli, gdzie było 36 tysięcy biegaczy, doping nie był lepszy. Poznańska atmosfera po prostu kipiała energią i to było czuć. Wszystkim maratończykom gratuluję i chylę czoła. Jesteście diamentami 🙂

A, pełna galeria tu (klik). Większość zdjęć zrobił Tomek, kilka ja i Honi.

Advertisement

51. Bieg Westerplatte

Na wczorajszy Bieg Westerplatte (10 km) udałam się w roli kibica. W jakiś sposób było to symboliczne dla mnie, bo pierwszy raz wyszłam (na dłużej niż do osiedlowego sklepu) bez kuli. Żyję i mam się dobrze, noga także ;). W tym roku meta biegu znajdowała się na Targu Węglowym, co uważam (nie tylko ja, sądząc po komentarzach, które słyszałam) za świetne posunięcie – w poprzednich latach wszystkie biegowe imprezy kończyły się na Długim Targu, powodując zator turystyczny i blokując przejście przez główną ulicę Starówki. Ciasnota, chaos i ogólna masakra. Wczoraj było dużo miejsca, miasteczko biegowe na Targu, duży telebim, pozwalający śledzić sytuację na trasie. Zajęłam strategiczne miejsce przy barierce kilka metrów przed metą i czekałam… Dziwnym trafem, moich dwóch znajomych nie wyłapałam, ale w tłumie biegnącym powyżej 50 minut to nic dziwnego, przy ponad trzech tysiącach startujących.

W emocjonalnym przypływie popłakałam się ze wzruszenia, patrząc na docierających do mety biegaczy. Tyle bólu, zmęczenia (czasem wręcz cierpienia), a jednocześnie tyle radości – moja delikatna, wrażliwa psychika tego nie wytrzymała 😉

Życzę sobie startu w tym biegu za rok.

biegwesterplatte-0003

biegwesterplatte-0005

biegwesterplatte-0010

biegwesterplatte-0011

biegwesterplatte-0012

biegwesterplatte-0022

biegwesterplatte-0023

biegwesterplatte-0037

biegwesterplatte-0041

biegwesterplatte-0046

biegwesterplatte-0051

biegwesterplatte-0055

biegwesterplatte-0057

biegwesterplatte-0063

biegwesterplatte-0070

biegwesterplatte-0083

biegwesterplatte-0113

biegwesterplatte-0143

biegwesterplatte-0146

biegwesterplatte-0147

biegwesterplatte-0161

biegwesterplatte-0151

biegwesterplatte-0163

biegwesterplatte-0165

biegwesterplatte-0171

Na ostatnim zdjęciu pan, który został przy mecie do końca i oklaskami i okrzykami dopingował wszystkich biegaczy, szczególnie tych toczących największą walkę ze sobą, gdy docierali do mety w półtorej godziny. Szacun.

biegwesterplatte-0174

Aktywnie!

Po dziesięciu godzinach na uczelni (co w piątek uważam za skandal). Po treningu (uff…). Już z i w pozycji horyzontalnej – raportuję :). Od czasu mojego samobiczowania i skruszonego przyznania się do win (czyt. poprzedni wpis i żałośnie niskie słupki marcowe na endomondo), melduję poprawę. Biegową, ćwiczeniową – krótko mówiąc, dzieje się. Dzieje się o tyle przyjemnie, że wiosna atakuje. Śmiem twierdzić, że biegając wczoraj, lekko się opaliłam. Takie rzeczy. Z nieprzyjemnych aspektów to w sumie tyle, że za tydzień mam egzamin, za dwa kolejny oraz esej na poważny temat, do tego stresujące ubieganie się o fundusze na to i tamto, sprawdzanie skrzynki mejlowej na bezdechu i takie tam. Bez biegania i ćwiczeń chyba bym zwariowała.

Hitem obiadowym jest kasza gryczana (tak tak, przywiozłam sobie zapas z Polski!) z dodatkami (podduszone na czosnku cukinia, suszone pomidory, ciecierzyca, ew. odrobina śmietany) + sałata z octem balsamicznym. Proste, pyszne, sycące. Mniaaaam. Tak bardzo mniam, że jakoś nigdy nie zdążę zdjęcia zrobić…. Ku ogólnej uciesze zamieszczam za to zdjęcia, które powstały gdy weszłam w stan charakterystyczny dla dużego zmęczenia. Tak już czasem mam :).

adventurer-3

Photo on 2013-04-09 at 19.57 #4

Photo on 2013-04-09 at 19.59

Photo on 2013-04-09 at 20.00

Grunt to zdrowe odżywianie 😀

Powrót – oby spektakularny ;)

Miesiąc blogowej przerwy. Biegowej na szczęście nie, choć ostatnie dwa tygodnie do najbardziej aktywnych nie należały. Mea culpa. Żałuję. Obiecuję poprawę. W blogowaniu, w bieganiu. Na swoje usprawiedliwienie mam dość konkretne “życiowe zawirowania”. Było trochę niefajnie i uwagę skupiłam na czym innym, niż pisanie. Do tego wariackie pociągi i samoloty, wizyty, odiwedziny, Wielkanoc, deadliny uczelniane pomiędzy, no i choroba, która w to wszystko się wplątała i przez którą, wstyd się przyznać, biegałam tylko dwa razy w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Na pogodę nie zwalam winy, bo jak wszyscy dobrze wiemy, nie ma złej pogody, są tylko… 😉

Jedno z owych dwóch wybiegań miało miejsce nad morzem. Czepialscy powiedzą: zatoką, ale wierzcie mi, jak z plaży na Stogach, w Brzeźnie czy Sopocie patrzy się na zatokę, to widzi się morze. W sensie, końca nie widać. Także… biegałam nad morzem ;). Wykorzystałam niedzielny spacer rodziców, wystroiłam się w papuzie sportowe ciuszki (mama: “wyglądasz jak pelikan”) i wystrzeliłam z mola w Brzeźnie w kierunku Sopotu. Ku mojemu zdziwieniu, biegaczy było mnóstwo. A termometr pokazywał temperaturę zdecydowanie ujemną! Pozytywnych zaskoczeń było jednak więcej. Wszyscy (w s z y s c y!) biegacze się pozdrawiali! Symboliczny, drobny gest podniesionej dłoni – niby nic, a zanim pomyślałam, już suszyłam do wszystkich zęby. Z tej radości to aż rekordową dyszkę zrobiłam – 01:03:13. Ja wiem, że dla Was wyjadaczy, to tempo marszu. Dla mnie też będzie, kiedyś ;). Teraz to jednak życiówka. Treningowa, po śniegu. Tym bardziej cieszy. Tym bardziej mi głupio, jak patrzę na statystyki na endomondo i widzę dziesięć (mamma mia…) dni przerwy od ostatniego treningu. Żeby jeszcze po drodze jakieś domowe ćwiczenia były! Ale nie, nic. Cóż, trzeba to sobie nazwać: porażka. Źle mi z tym. Na szczęście już zdrowo, już z powrotem w Italii, gdzie termometr wskazuje 12 stopni, więc zaraz kładę się półprzytomna spać (wczorajsza pobudka o 3 rano, podróż do Warszawy, lot, pociąg, zajęcia, oraz dzisiejsze 10 godzin na uczelni trochę dało mi w kość ;)) a rano wskakuję w spodnie 3/4 i śmigam do parku. Kondycjo, nie zawiedź mnie i bądź. Po prostu bądź ;).

Jeśli przeżyję na uczelni kwiecień, to zostanę bohaterką we własnych oczach, bo lekko nie będzie. Natomiast coraz wyraźniej przypomina o sobie brukselska 20-tka za nieco ponad półtora miesiąca i tak sobie myślę, że nie już nie można się obijać i trzeba konkretnie cisnąć. Jak trzeba, to trzeba…

Dalsze plany? Są. Mniejsze starty w wakacje (w zależności od tego, gdzie je spędzę, mam nadzieję, że choć sierpień w Polsce). Jesień… to się okaże. Jakąś półówkę o przyzwoitym czasie by się chciało. No, ale najlepsze widnieje w 2014. W lutym lub marcu kurs w Tatrach, na wiosnę maraton (tak, celowo piszę o tym już teraz, bo wiem, że nie będzie odwrotu i żeby mi nie przyszło się mazgaić i rozmyślić jesienią ;)). Może tak to nie wygląda, ale te dwie rzeczy mają ze sobą wiele wspólnego. Zaliczenie kursu i przebiegnięcie maratonu to dwa konieczne kroki przed letnim celem na przyszły rok, który to cel kilka dni temu został opracowany po godzinach jeżdżenia palcem po mapie Alp. 🙂

Najbliższe tygodnie zwracają się o motywację, perfekcyjną organizację czasu i dużo determinacji. Najpierw jednak trzeba się wyspać. Niech mi się bieganie przyśni, a rano niech nogi same wyskoczą z łóżka i poniosą :). Niech kwietniowe statystyki wystrzelą i poszybują hen wysoko… co w porównaniu z marcowymi nie powinno być trudne:

Screen shot 2013-04-05 at 22.18.25

Screen shot 2013-04-05 at 22.18.37

Screen shot 2013-04-05 at 22.18.45

A tak było w Gdańsku kilka dni temu. Biegania po plaży i skakania w kozakach i kilkunastu warstwach grzewczych nie wrzucałam na endomondo, ale jakiś ruch to jednak był 😉

IMG_2463

Brukselo, przybywam. Albo: przybędę, zdobędę….

Od kilku dni chodzę z taaaakim uśmiechem na twarzy. W sumie to ja zazwyczaj jawię się światu uśmiechnięta, a nie w stanie głębokiej depresji tudzież zwykłego przygnębienia, ale nie codziennie (tylko co drugi dzień ;)) nie jestem w stanie powstrzymać uśmiechu nawet nie od ucha do ucha, tylko oplatającego całą głowę. Podekscytowanie objawia się także stosowaniem dziwacznych hiperboli…

No dobrze, ale co takiego się stało? Otóż! Jest późny poranek, za piętnaście minut zaczynam zajęcia, a zamiast w drodze na uczelnię, nurkuję pod śpiworem, szukając kluczy (1. tak, śpię ostatnio w śpiworze, to jeden z objawów tęsknoty górskiej; 2. tak, jeśli nie mogę znaleźć kluczy/skarpetek/pomadki, to najpewniej są gdzieś w śpiworze). Kątem oka spoglądam na ekran laptopa… a tu brat mój (jeden z wielu, tzn. dwóch) zaczepia mnie na gmailowym czacie. Ale, jak zaczepia…

“Elo sister, chcesz wpasc w maju na bieg 20km brussels? Mogę Ci kupić bilety na samolot, a jak się uda, to zapiszę Cię do teamu Europa” !!!

Po pierwsze, oczywiście bardzo kocham mojego brata :). Po drugie… yabadabadoo! Cieszę się ogromnie, bo

a) witaj przygodo!
b) lubię do Brukseli wpadać (lecę w piątek, bieg jest w niedzielę, wracam w poniedziałek), bo to fajne miasto jest… na chwilę.
c) będzie medaaaal! (jeśli dobiegnę ;))
d) “family time, quality time” – od ładnych kilku lat uczę się coraz bardziej doceniać takie spotkania, bo mieszkając w różnych częściach Europy (dobrze, że Europy) widujemy się zawsze za rzadko i zbyt krótko…
e) mój brat, który do tej pory na moje entuzjastyczne wypowiedzi na temat biegania reagował mniej więcej tak: “eee… no fajnie… ale ja więcej niż 5km nie przebiegnę… przebiegłem parę miesięcy temu z marszu w 27 minut, myślałem, że padnę”, także zapisał się na ten bieg! (po czym kilka godzin później napisał do mnie: “Ewa, według planu treningowego na stronie biegu, powinienem zacząć biegać… już jutro!”)
f) udało się i… pobiegnę w teamie instytucji europejskich ;). Miło będzie zobaczyć garniakowych ważniaków na sportowo… zawsze to lepsza atmosfera dla networkingu 😉
g) tysiąc innych powodów!

Po wielu niespokojnych wieczorach… mam też plan. 14 tygodni, zaczynam 18 lutego, wtedy też kilka słów więcej o owym planie. Fajny jest. Hopsasa!

Poza tym… zapisałam się na jeszcze jedno biegowe wydarzenie. Palce niecierpliwie stukają w klawiaturę, ale nieeeee, nieeeee, nieeeee powieeeeeem. Jeszcze nie. Bo mnie do wariatkowa skierujecie.

Na koniec apel: wszyscy mocno trzymamy kciuki, żebym niedługo mogła oznajmić, że przyszłą biegową jesień i zimę będę relacjonować z dalekiej krainy. Albo będę umierać w upalnym Stambule, albo zamarzać w lodowatym Petersburgu. Innych opcji w ogóle nie biorę pod uwagę.

W następnym odcinku proszę się spodziewać wielu zachwytów i samouwielbienia w związku z moimi poczynaniami w kuchni. Będzie także o szalejącym Garminie i moich przemyśleniach interwałowych (no naprawdę biegnąc poniżej 4min/km umysł wchodzi na inne obroty ;)).

Pobiegane w Nowy Rok :-)

Obudziłam się nieprzyzwoicie późno. Nie przyznam się, jak późno. Naprawdę nieprzyzwoicie, ale czego się spodziewać, kiedy idzie się spać o czwartej rano. Otworzyłam okno i… słońce. Takie słońce. Po tygodniu chmur i ogólnej depresji 😉 była to całkiem miła odmiana. To chyba trzeba iśc pobiegać?

bieg-0205

No wiem, ta krowa “robi zdjęcie”. Gdzie ja mieszkam?

bieg-0207

Hopsasa! Ten niepozorny podbieg to de facto perfidna góra błota. Zarówno zbieganie jak i podbieganie z niej/pod nią dostarcza wielu atrakcji. Sprawdzone.

bieg-0214

No. Tak to ja rozumiem. Tak mogę biegać.

bieg-0216

I się zachwycać.

bieg-0208

bieg-0209

Bieg z przeszkodami…

bieg-1

bieg-0217

Ale jest ratunek! 🙂

bieg-0219

Takiego endorfinowego “flow”, jakiego doświadczyłam podczas dzisiejszego biegu, życzę wszystkim. Wspaniały początek 2013 roku, niech trwa!

2012/2013

Nie jestem fanką podsumowań i oddzielania kolejnego roku grubą kreską z nadzieją na magiczne “nowe”, mające nadejść z hukiem fajerwerków, ale…

Rok temu przed kolacją sylwestrową stałam w oknie z widokiem na zaśnieżony koniec świata (miejscowość, której nie ma na większości map ;)) i uśmiechałam się do minionego roku. Sylwester 2011/2012 rozciągnięty był na kilka dni w domu przyjaciół w górach, z grupą najbliższych i najzabawniejszych ludzi na świecie, z codziennymi biegówkami na granicy polsko-czeskiej, z przednią zabawą przebieraną (motyw “cyrk”), z zaciskaniem kciuków, gdy Justyna biegła w Tour de Ski. W tym roku Sylwestra spędzam setki kilometrów dalej, sama, z książką, Trójką i grzanym winem. Pewnie, że wolałabym inaczej, ale przynajmniej mam chwilę, żeby napisać kilka słów biegowego podsumowania.

2012 to dobry rok. Od stycznia do końca marca nawet nie śniło mi się, że kiedykolwiek wezmę się za bieganie. Chodziłam za to regularnie na siłownię i basen, bo stopień zachmurzenia Londynu w tamtym czasie naprawdę nie zachęcał do aktywności na świeżym powietrzu. No, może do spacerów nad Tamizą, gdy czasem zaświeciło słońce. Wtedy też łypałam z zaciekawieniem i pewnym podziwem na londyńskich biegaczy, których jest nieskończona ilość. Właśnie – pogoda kiepska, zimno, nieprzyjemnie… a ci biegają. No, no… intrygujące. No i jeszcze tańczyłam w tym czasie salsę kilka razy w tygodniu, pierwsze miesiące 2012 to był istny “ciąg” salsowy ;-). Pod koniec marca przyjechałam do Gdańska na Wielkanoc i na jakimś śniadaniu ze znajomymi zwróciłam uwagę, że O. przyniosła sobie swoje śniadanie, owsiankę i inne zdrowe rzeczy. Okazało się, że niedługo biegnie swój pierwszy półmaraton, od trzech miesięcy wykonuje plan treningowy i trzyma dietę… Tak o tym bieganiu mówiła, że coś we mnie zakiełkowało. 26 marca ubrałam stare fitnessowe Reeboki i wyszłam przebiec się po osiedlu. Zmęczona, zziajana, ogólnie padnięta – wróciłam do domu z postanowieniem, że to dopiero początek. I tak sobie biegałam od pięciu do dziesięciu kilometrów po Gdańsku, ale jak to w mieście – to światła, to przejście, nigdy więc nie był to do końca bieg ciągły. Odległości wyznaczałam na google maps na run-logu, więc to wszystko takie “na oko”, a na oko to wiadomo, chłop w szpitalu umarł ;). Przed powrotem do Londynu kupiłam Lunarglide’y 3, w których biegam cały czas. To było dodatkową motywacją, bo buty kupiłam za swoje pieniądze, a to oczywiście zupełnie inna motywacja ;). Potem nagle kontuzja (za dużo, za szybko, za bardzo chciałam…), egzaminy, goście. Nie zniechęciło mnie to, ale byłam zwyczajnie zła. W połowie maja znów zaczęłam tuptać – dosłownie, bo 2-6 km, łącznie 38 km – śmieszne odległości, między egzaminami i końcem studiów. W czerwcu minimalnie, ale przebiłam 100 kilometrów – co za radość ;-). Lipiec to praktyki w Warszawie, nieziemskie upały i 105 kilometrów na liczniku. Na sam koniec miesiąca Bieg św. Dominika w żarze lejącym się z nieba i 32 minuty na najkrótszym dystansie. I nauczka, żeby nie oglądać się na innych, tylko biec swoje. Pierwszy medal :). Sierpień mało biegowy a bardziej siłowy, bo w połowie miesiąca wyjazd do Gruzji i Kazbek w planach. Po powrocie trochę leśnego biegania we wrześniu i wyjazd na magisterkę do Italii. Październik to już włoskie 115 km, listopadowa kontuzja i przejście na ćwiczenia w domu. Od dwóch tygodni wracam “do żywych”, zastanawiam się, co będzie z moim wymarzonym półmaratonem, zarówno z powodów kondycyjnych jak i ewentualnego wyjazdu w tym czasie.

Biegowo to przede wszystkim życzę sobie i innym biegaczom bezkontuzyjnego 2013. Bo to chyba najbardziej niefajne jest. Reszta – czyli czas, motywacja, długo nic i wszystko inne – znajdzie się i/lub będzie. Jestem przekonana :-). Na życzenie sobie lekkich podbiegów i niezbyt męczących interwałów szkoda czasu, lajf iz brutal, lekko nie będzie i lepiej sobie to uświadomić od razu ;-).

Rok temu, po całym dniu na biegówkach, wywijałam do rana przebrana za czarną panterę cyrkową, dzisiaj, po dwóch godzinach ćwiczeń z Jillian Michaels, siedzę w getrach zawinięta w koc i piję grzane wino, wyskakując spod koca gdy Trójka w ramach sylwestrowej audycji zagra co skoczniejszy kawałek. Za dwa tygodnie egzamin-masakra, potem Bruksela i wreszcie ukochany wytęskniony Gdańsk. Przebieram kończynami z niecerpliwością.

A jutro noworoczne wybieganie, żeby dobrze zacząć kolejny rok. Z tej okazji, po kilku miesiącach, po raz pierwszy podpięłam Garmina do GConnect 😉 oraz założyłam konto na Endomondo, bo pozazdrościłam wszystkim tych kalorii przeliczonych na hamburgery ;-).

Najlepsze jest to, że choćbyśmy nie wiem co i jak sobie zaplanowali, wymarzyli i wyśnili – to i tak 2013 nas zaskoczy. I to jest piękne :-). Wszystkiego dobrego!

Nie taka zima zła :)

Takiego lenistwa dawno nie było. Wczoraj przyłożyłam głowę do poduszki chwilę po 20.00, trochę nie wiedząc, co się dzieje, ocknęłam się o północy, napiłam się mleka i ponownie zasnęłam. Otworzyłam jedno oko po 6.00, drugie dopiero o 11.00. Przez chwilę byłam zła na siebie, że tak długo spałam (obudziwszy się o północy chciałam nawet zabrać się za ćwiczenia, na szczęście poszłam po rozum do głowy), ale dość szybko sobie wytłumaczyłam, że odpoczynek jest potrzebny, regeneracja jest kluczowa, a sen to najlepszy naturalny wspomagacz i przywracacz formy i dobrego nastroju. Co mnie tak zmęczyło? Dwa ostatnie tygodnie. Prezentacje, symulacje obrad ONZ, egzaminy. Nie porzuciłam aktywności fizycznej, bo to był świetny pretekst, żeby się dotlenić, rozruszać zasiedziałe nogi, dać oczom odpocząć od ekranu laptopa. Myślę, że ta nieco zmniejszona dawka sportu raczej mi pomogła niż zaszkodziła, a na pewno była lepszym wyborem niż dodatkowa godzina tępego wpatrywania się w notatki i załamywania rąk. Wczorajszy, trzygodzinny egzamin (z przemian gospodarczych we wschodniej Europie w ciągu ostatnich dwudziestu lat – dla niewtajemniczonych, studiowałam zgoła co innego przez ostatnie trzy lata ;)) mnie wykończył, ale już jestem z powrotem wśród żywych. W ramach totalnego lenistwa dzisiejszego ograniczyłam swoje czynności życiowe do biegania, jedzenia, ‘Dzienników kołymskich’ Badera i długich rozmów na skype’ie i dobrze mi z tym.
Właśnie, jak tam biegowo u mnie? Do tej pory biegałam trzy razy po przerwie, króciutki dystans – do 6 kilometrów. Chciałoby się więcej, czuję, że te trzy tygodnie wzmacniania ciała sporo mi dały. Mocniejsze nogi i brzuch, prosta sylwetka. Staram się bardziej świadomie odbijać od podłoża i nie lądować bezmyślnie na pięcie. Czuję też, że miękkie podłoże mi służy i szerokim łukiem omijam asfalt i bruk. Wiem, że jeśli wystartuję w półmaratonie, to taka nawierzchnia będzie dominować i powinnam na takiej ćwiczyć, ale przyjdzie na to czas, stopniowo będę włączać ten element do wybiegań (no dobra, dziś już włączyłam, ale na bardzo krótkim odcinku). Kontynuuję ćwiczenia wzmacniające/modelujące i w duchu błagam moje kolano, żeby już nie robiło mi przykrych niespodzianek i bawiło się bieganiem razem ze mną. Nie gdzieś obok, w swoim świecie ;).

Poza tym, cieszy mnie zima w aspekcie biegowym. Gdzieniegdzie słychać już głosy biegaczy, że za zimno, że to kłopot, że tyle warstw, że ślisko, że jak tu się zmotywować. Cóż. Faktem jestem, że (póki co) jakiejś bardzo srogiej zimy nie doświadczam we Włoszech. Temperatura jednak spada poniżej zera, śnieg też spada, mogę się więc chyba wypowiedzieć ;). Otóż. Mnie póki co zimowe bieganie zachwyca. Może dlatego, że doceniam je po tak długiej przerwie? Gdy tydzień temu założyłam biegowe buty i ruszyłam na moją ścieżkę, endorfiny po prostu wybuchły. I to nie po standardowych czterdziestu minutach, tylko po dwóch. Takiej eksplozji radości to ja dawno nie czułam. Byłam po nieprzespanej nocy (moje kochane współlokatorki urządziły balangę do 5.30 rano – nie siedzienie ze znajomymi przy winku, a szaloną “wiksę” z wrzaskami, tupaniem i trzęsącymi się ścianami), przed sobą miałam perspektywę tygodnia egzaminów… Pobiegłam i było to chyba moje najlepsze wybieganie. Nieważne było tempo. Cieszyło mnie wszystko. Błoto, śnieg, bezlistne drzewa. Dosłownie fruwałam i miałam ochotę uściskać każdego mijanego biegacza i powiedzieć mu, jakim jest szczęściarzem, że może biegać. Poza tym, pamiętam lipiec, kiedy to przeprowadziłam się na miesiąc do Warszawy. Pamiętam przeklęte upały, budzenie się o 5.00 rano, kiedy klejąc się do prześcieradła zastanawiałam się, kiedy do licha ja mam zrobić trening, skoro już nie można oddychać. Wychodziłam biegać późnym wieczorem do Ogrodu Saskiego i nie byłam w stanie biegać dłużej niż 25 minut, tak było gorąco i duszno. I takie moje małe dziwactwo – uwielbiam, po prostu uwielbiam działanie zimna na koloryt skóry. Przy odpowiedniej jej ochronie oczywiście – a wiem, co mówię, bo mam bardzo wrażliwą cerę. Ale jak już się odpowiednio nakremujemy, to… Mróz, w połączeniu z ruchem na świeżym powietrzu, daje tak pięknie (i naturalnie) zaróżowione policzki, że sama się wtedy sobie tak bardzo podobam, że aż nie wypada pisać ;). Na samą myśl o porównaniu z czerwoną od gorąca twarzą latem… nie muszę chyba tłumaczyć. Jeśli miałabym narzekać na zimowe bieganie, to chyba musiałabym sama siebie nazwać hipokrytką i katalogową przedstawicielką “first world problems”. Jeśli cierpię, to tylko trochę – z powodu braku odpowiedniego wdzianka na zimowe bieganie. Ratuję się moimi jednymi getrami termicznymi i takąż koszulką, co sprawia, że tracą one funkcję domowego “dresu”. Na to krótkie spodenki letnie i w zalezności od temperatury, krótki/dług rekaw. Rękawiczki rowerowe (całkiem nieźle dają radę), buff i dużo wazeliny na twarz i żadna zima mi nie straszna :).

Z innych informacji. Śniło mi się, że biegnę maraton. Tak, wiem, nawet połówki jeszcze nie pokonałam, a już o maratonie. Ale to był sen. Tylko i aż. Biegłam z plecakiem (po co?) pełnym niepotrzebnych mi w tym momencie rzeczy, a jakby tego było mało… biegł obok mnie mały chłopiec, którego trzymałam za rękę. Chłopiec bardzo wyrywał do przodu, ja starałam się nie stracić go z oczu i jakoś mu wytłumaczyć, że mamy do przebiegnięcia ponad czterdzieści kilometrów, więc nie możemy tak szybko biec na początku. Jacyś freudoznawcy? 😉

I pozytywne zaskoczenie – Włosi biegają zimą! Myślałam, że te ciepłolubne stwory będą się chować w domach, gdy spadnie temperatura i wybiorą objadanie się makaronem zamiast treningu, a tymczasem – niespodzianka! Bardzo to fajne.

P.S. Na fali egzaminacyjnej prokrastynacji założyłam stronę bloga na fejbuku. Nie wiem, co za diabeł mnie podkusił. Może nie diabeł? A niech będzie :).

Antylopki na biegowym szlaku

Ja to jestem chodzącą kontradykcją. Kilka dni temu, po przeciągającym się (i gdzieś tam jeszcze tlącym, ale tylko tlącym) choróbsku, powiedziałam M., że pogoda pogodą, zmęczenie zmęczeniem, ale trochę winy jest i po mojej stronie i powinnam bardziej szanować swój organizm. Tja, no to sobie “poszanowałam” – ostatnie kilka dni to tak zarwane noce, że śmiało mogłabym bez charakteryzacji wystąpić w jakiejś superprodukcji jako naczelne zombie i nikt by się nie poznał. Chodzenie spać o 5 nad ranem to jednak nie jest moja bajka. Czasem jednak nie ma wyjścia, gruzińska ekonomia nieźle mnie sponiewierała, ale esej jest, ładniutki i piękniutki, prezentacja też, a moje poturbowanie przejdzie. Powtórek jednak nie chcemy, więc wyciągamy wnioski i następnym razem zabieramy się za tak czasochłonne rzeczy wcześniej.

W tym wszystkim bieganie jednak nie poszło w odstawkę, bo wychodzę z założenia, że nic nie daje takiego kopa energetycznego, jak porządna dawka ruchu (wyjątkiem było wczorajsze sześć kubków kawy, półtora litra coca coli i paczka Haribo:D). Trochę eksperymentuję sportowo – do półmaratonu jeszcze trzy miesiące, postanowiłam zmodyfikować plan, a raczej przygotować się pod plan bardziej wymagający, niż pierwotny. Dlatego biegam krótsze dystanse (to tez z powodu choroby), ale dołożyłam ćwiczenia… Ewy Chodakowskiej. Długo kręciłam nosem i nie byłam przekonana, ale… to jest, kurczę, fajne. I pot się leje i tak cudownie czuć każdy mięsień. I ciało jakieś fajniejsze się robi. Nie narzekam. Wzięłam się też za interwały, skipy i inne siły biegowe, bo wszyscy trabią, że to takie ważne i w ogóle. Czasem trzeba zaufać mądrzejszym, więc dzielnie pokonuję podbiegi i z uśmiechem (takim samym, jak po zjedzeniu całej cytryny) robię te przeklęte interwały. Szczerze mówiąc, wcale nie są takie złe. Tylko ludzie jak na wariatkę na mnie czasem patrzą – przedwczoraj jakiś mężczyzna pokazywał mnie dziecku palcem i dziwnie przy tym wymachiwał. Tak, jestem pewna, że wskazywał na mnie, a nie na tego zająca, który akurat sobie radośnie hopsał w alejce.

Zum Schluss jeszcze urzekająca historia, jak wiemy, tylko takie się mnie trzymają. Tydzień temu biegałam na mojej “trailowej” trasie – wypadły mi jedne zajęcia, dzięki czemu miałam czterogodzinne okienko. W sam raz, żeby pójść do domu, pobiegać, zjeść, i wrócić na uczelnię. Środek dnia, jasno, bezpiecznie (hm…). Na tej trasie często widzę tych samych biegaczy (swoją drogą – we Włoszech zdecydowanie więcej panów biega niż pań, różnica jest ogromna. Nie żeby mi to przeszkadzało ;-), ale rzuca się w oczy) i z niektórymi wymieniamy uśmiechy. I nic więcej. Do czasu… Otóż w zeszły czwartek, gdy już zakończyłam bieg i spokojnie maszerowałam w stronę “miejsca rozciągowego” i w kierunku domu, zaczepił mnie biegacz. Taki młody zwinny Antylopek, łydeczki śliczniutkie, śniada karnacja (nie jestem fanką, ale dla lepszego zobrazowania sytuacji…:D), no czego on może ode mnie chcieć, myślę sobie. Antylopek pyta mnie (po włosku) o godzinę. Ja z uśmiechem pokazuję mu 13.05 na gremlinie, “grazie”, “prego”, “ciao”, ruszam w kierunku domu. Nie, to nie koniec historii. Antylopek zatrzymuje mnie i zaczyna z prędkością światła nawijać po włosku. Wyłapuję wystarczająco, żeby zrozumieć, że prosi o mój numer i chce się ze mną umówić na wieczór. Że tak powiem… ZONK. Ja naprawdę, gdy biegam, wyglądam trochę gorzej niż na profilowych na fejsbuku. Antylopek jednak niezrażony, pyta się, czy widzimy się wieczorem. Rozbawiło mnie to nieźle, ze śmiechem mówię, że bardzo mi miło, ale nie, no i że nie mówię dobrze po włosku. Antylopek proponuje przejście na francuski. No kurczę, mogłam nie rzucać francuskiego po 1,5 roku dziesięć lat temu. Zaczynam po angielsku, on nic. Po niemiecku – też nie. Kto by pomyślał – tyle języków, taki problem. Po rosyjsku nawet nie próbuję, bo widzę, że Antylopek raczej w klimatach włosko-hiszpańsko-francusko-arabskich się porusza (i znowu – trzeba było iść na tę arabistykę, a nie…). W końcu zostajemy przy włoskim, jakoś nawet daję radę. Antylopek chce się umówić na bieganie następnego dnia. Mówię – zgodnie z prawdą – że nie wiem, czy nie mam zajęć w tym czasie, że nie jestem zainteresowana, że grazieeeeeee, ale nie. Antylopek naciska, że w takim razie weekend. Widzę, że się nie uwolnię i prędzej będzie się za mną czołgał pod drzwi mieszkania, niż odpuści, więc zgadzam się na sobotę, same time, same place. Wracam do domu, patrzę w lustro – no naprawdę, na fejsa bym siebie takiej nie wrzuciła, więc nie wiem, o co kaman.

Po tej urzekającej historii to pewnie żadne niusy, ale: do 600 kilometrów na biegowym liczniku brakuje mi tylko dziesięcu, które zamierzam dzisiaj wykręcić, oraz: zapisałam się na Półmaraton Warszawski. To teraz tylko bilet do Polski trzeba kupić… 😀

Z mrocznej otchłani (albo ‘Po tygodniowej przerwie’)

“Jezu, ale sielanka biegowa… No napisz, że Cię boli, że Ci się nie chce, bo za chwilę biegać zacznie 40 milionów Polaków, i Włosi też, i co gorsza – Ruskie, a jak do nas przybiegną to może być kiepsko” – taki to komentarz kgb zostawił pod moim poprzednim wpisem. Spokojnie, Ruskie nie przybiegną. Dzień później wszystko poleciało na łeb, na szyję. W sensie plan poleciał. A mnie pokarało – przeziębieniem, rozmemłaniem, wyjazdem (to może kara nie była, ale wyjazd spowodował przedłużenie przerwy od biegania). Zresztą, słupki na run-logu mówią same za siebie:

Po czwartkowej euforii w sobotę nie było już śladu. To znaczy ślad był, ale zagłuszany przez gorączkowe majaczenie (“spokoooojnie, dzisiaj nie pójdziesz biegać, ale jutro zrobisz to swoje wyczekiwane długie wybieganie”). W niedzielę nadal miałam temperaturę, chodziłam naćpana jakimiś coldrexami i innymi pigułkami chorobowego (nie)szczęścia i zbierałam z podłogi resztki jasności umysłu, żeby ogarnąć uczelniane życie i być w stanie funkcjonować na spotkaniu z ludźmi ze studiów i przygotować prezentację. W poniedziałek byłam względnie zdrowa, nie wytrzymałam i po zajęciach wyrwałam się na nieco ponad 5 kilometrów po moim parkolesie. Mroooźne powietrze, ale chyba mi nie zaszkodziło, czułam jednak osłabienie pochorobowe. Wtorek i środa pociągania nosem i niechktośzatrzymaczas, w czwartek rano już wskakiwałam w pociąg do Bolonii (po co i dlaczego – tu). Wróciłam późnym wieczorem w sobotę. Tak to się popisowo roz…walił mój plan treningowy. Płacz i zgrzytanie zębów.

Jak wiadomo, lepiej być fighterem niż beksą ;-), dlatego w niedzielę odziałam się adekwatnie do warunków pogodowych i ruszyłam w las. Miało być znów pięć z kawałkiem (bo przerwa, bo szybko się ściemnia…), wyszło z kawałkiem, ale siedem, a mi było znów tak dobrze i szczęśliwie. Tempo trochę gorsze niż przed przerwą, ale też trasa miała kilka solidnych podbiegów. Nie ma co się załamywać, do półmaratonu jeszcze dużo czasu, nadrobię. Jutro dziesiątka z rana. Karaluchy pod poduchy, sen – ważna rzecz.