Pasta to czy pesto?

Pietruszka. Jakie macie pierwsze skojarzenia słysząc to słowo? Zielone strzępki pływające na tłustej rosołowej tafli? Artykuły w prozdrowotnych gazetach z atakującymi nagłówkami podającymi zawartość żelaza w natce? Ja właśnie takie skojarzenia mam. Raczej nie protestowałam nigdy przeciwko pietruszce w surówkach, ale gdy po takiej przekąsce uśmiechałam się do lustra, zdarzyło mi się zastygnąć w przerażeniu i podziękować niebiosom, że nie wyszłam z domu bez tego ostatniego spojrzenia w lustro. O tym, jak przemycić pietruszkę w przyjaznej formie, pisano już sporo (Hania, Krasus). Mój dzisiejszy twór to coś pomiędzy pesto a pastą (skłaniam się bardziej ku drugiej opcji). Wyciągnęłam na blat, co znalazłam w szufladach i na półkach, a uznałam za odpowiednie, uprażyłam suche, wszystko wrzuciłam do blendera, podlałam oliwą, doprawiłam, schowałam do lodówki a teraz z radością konsumuję w formie widocznej na ostatnich zdjęcia. Jest pyszne (albo pyszna – pasta)!

Migdały, dwa zagubione orzechy laskowe, pestki dyni, ziarna słonecznika, siemię lniane, sezam:
pestp-0006

Główna bohaterka – pietruszka:
pestp-0009

I blendujemy:
pestp-0026

pestp-0031

Najpiękniejsza zieleń tej jesieni:
pestp-0044

Maca razowa:
pestp-0047

Pesto-pasta:
pestp-0050

Przełamanie kolorem:
pestp-0051

Zielona herbata w ulubionym kubku i drugie śniadanie gotowe:
pestp-0056

Advertisements

Dieta oczyszczająca

Dziś mija tydzień diety oczyszczającej. “Po co ci to?”, pyta co druga osoba. Hm. W nazwie “dieta o c z y s z c z a j ą c a” zawiera się chyba sedno sprawy, no ale w porządku… Oto, po-co-mi-to:

Żeby poćwiczyć silną wolę (wierzcie mi, jedzenie samych warzyw i owoców, i to tylko wybranych, to jest wyzwanie).
Żeby oczyścić kubki smakowe.
Żeby poczuć się lżej (i może zobaczyć mniej na wadze, ale to drugorzędna sprawa).

Oraz, cóż za niespodzianka, żeby oczyścić organizm.

Jak się czuję? Od drugiego dnia do teraz – świetnie. Kiepsko było tylko pierwszego dnia, a dokładniej od 16.oo pierwszego dnia. Zaczęła mnie boleć głowa, myślałam, że krótka drzemka pomoże – cóż, gdy podniosłam się z łóżka dwie godziny później, stwierdziłam, że głowa boli nadal, a do tego jest mi niedobrze. O 21.oo zakopałam się pod kołdrą i tak spędziłam czas (śpiąc;)) do 7.oo rano dnia następnego… kiedy to obudziłam się rześka i radosna, bez bólu głowy. Cóż, widać co z człowiekiem robi nagłe odcięcie cukru – słodyczy to ja może dużo nie pochłaniam, ale herbata z miodem to mój regularny napój, do tego słodkie owoce, kawa… dobrze mi ten detoks zrobi.

Czy cele zostały osiągnięte? Ośmielę się rzec, że tak ;). Silna wola – jest. Wrażliwość na smaki – podejrzewam, że też, ale przekonam się wprowadzając stopniowo produkty do menu. Od jutra wkraczają kasze i oliwa z oliwek i tak przez dni kilka, a potem kolejne produkty, stopniowo. Spodnie spadają, na wadze dwa kilogramy mniej, żołądek chyba się skurczył. Cera ładniejsza też 🙂

Jest jeszcze jeden plus – detoks zmobilizował mnie do wyciągnięcia z pawlacza zapomnianej sokowirówki, która teraz służy mi codziennie. A że jesienią jest z czego robić soki i to za małe pieniądze, to wariacje jabłkowo-marchwiowo-buraczano-pietruszkowo-selerowo wszelakie mają miejsce. Postanowienie mam raz w tygodniu robić sobie dzień na płynach – głównie woda, herbaty zielone i ziołowe, oraz soki właśnie.

Szczegółowe informacje o diecie oczyszczającej dr Dąbrowskiej (również pod nazwą post Daniela – zazwyczaj jeśli trwa on 6 tygodni i połączony jest z rekolekcjami, ale ja już tak daleko się nie zapędzałam) można znaleźć tu (klik). Nie każdemu polecana jest taka dieta, są pewne przeciwwskazania i warto w razie jakichkolwiek wątpliwości skonsultować je z lekarzem. Dobrze jest też pamiętać, że to nie jest dieta cud, sposób na ekspresowe odchudzanie itd. – owszem, chudnie się, to oczywiste, ale nie jest to głównym celem tej diety, która ma pomóc pozbyć się toksyn i złogów w organizmie. To jest post leczniczy. Należy go przestrzegać ściśle – jeśli dodamy coś, co sprawi, że organizm przeskoczy znów na odżywianie zewnętrzne (np. kromka chleba dziennie, oliwa do surówek itd.), to lepiej sobie to po prostu odpuścić, bo wyrządzimy sobie szkodę – to dopiero będzie idiotyczna dieta kilkaset kalorii i wyniszczanie organizmu.
Im gorzej się odżywiamy, im więcej pochłaniamy fastfoodów, mięsa, napompowanego chemicznie jedzenia – tym gorzej zniesiemy dietę (szczególnie jej początki). Dlatego warto poprzedzić ją choćby kilkoma dniami lżejszego jedzenia i eliminowania produktów. Przekaz powyższego akapitu jest taki, że nie radzę podejmować decyzji o przejściu na tę dietę z dnia na dzień. Jeśli jednak nie ma przeciwwskazań, to od siebie mogę powiedzieć, że warto – mam nadzieję, że za jakiś czas będę tego samego zdania.

sok-0011

sok-0001

sok-0026

sok2-0032

wikispacer-0282

51. Bieg Westerplatte

Na wczorajszy Bieg Westerplatte (10 km) udałam się w roli kibica. W jakiś sposób było to symboliczne dla mnie, bo pierwszy raz wyszłam (na dłużej niż do osiedlowego sklepu) bez kuli. Żyję i mam się dobrze, noga także ;). W tym roku meta biegu znajdowała się na Targu Węglowym, co uważam (nie tylko ja, sądząc po komentarzach, które słyszałam) za świetne posunięcie – w poprzednich latach wszystkie biegowe imprezy kończyły się na Długim Targu, powodując zator turystyczny i blokując przejście przez główną ulicę Starówki. Ciasnota, chaos i ogólna masakra. Wczoraj było dużo miejsca, miasteczko biegowe na Targu, duży telebim, pozwalający śledzić sytuację na trasie. Zajęłam strategiczne miejsce przy barierce kilka metrów przed metą i czekałam… Dziwnym trafem, moich dwóch znajomych nie wyłapałam, ale w tłumie biegnącym powyżej 50 minut to nic dziwnego, przy ponad trzech tysiącach startujących.

W emocjonalnym przypływie popłakałam się ze wzruszenia, patrząc na docierających do mety biegaczy. Tyle bólu, zmęczenia (czasem wręcz cierpienia), a jednocześnie tyle radości – moja delikatna, wrażliwa psychika tego nie wytrzymała 😉

Życzę sobie startu w tym biegu za rok.

biegwesterplatte-0003

biegwesterplatte-0005

biegwesterplatte-0010

biegwesterplatte-0011

biegwesterplatte-0012

biegwesterplatte-0022

biegwesterplatte-0023

biegwesterplatte-0037

biegwesterplatte-0041

biegwesterplatte-0046

biegwesterplatte-0051

biegwesterplatte-0055

biegwesterplatte-0057

biegwesterplatte-0063

biegwesterplatte-0070

biegwesterplatte-0083

biegwesterplatte-0113

biegwesterplatte-0143

biegwesterplatte-0146

biegwesterplatte-0147

biegwesterplatte-0161

biegwesterplatte-0151

biegwesterplatte-0163

biegwesterplatte-0165

biegwesterplatte-0171

Na ostatnim zdjęciu pan, który został przy mecie do końca i oklaskami i okrzykami dopingował wszystkich biegaczy, szczególnie tych toczących największą walkę ze sobą, gdy docierali do mety w półtorej godziny. Szacun.

biegwesterplatte-0174

Domowe Spa

Między 45 kilometrami wykręconymi na rowerze, a kilkudziesięcioma stronami Pamuka i kilkoma łykami martini z lodem na słonecznym balkonie. Małe spa. Dość przypadkowe, bo gotowałam wodę na herbatę, wrzątek jednak zamiast do kubka, trafił do garnka. Czyli będzie ‘parówka’… Kiedy jestem chora, nazywam to inhalacją i po prostu mocniej oddycham. W celach kosmetycznych to parówka, choć ‘składniki’ te same.

Olejki – ja w szufladzie znalazłam grejpfrutowy, tymiankowy, geraniowy, eukaliptusowy i pichtowy. Na przeziębienie daję po kropli każdego, dzisiaj ograniczyłam się do symbolicznej ilości dwóch pierwszych.

mask-0017

mask-0014

Wrzątek do garnka…

mask-0022

… i olejki. Dałam po dwie krople, było aż za dużo.

mask-0024

Nachylamy się nad garnkiem, zamykamy oczy i zarzucamy sobie na głowę duży ręcznik, żeby nam cenna para nie uciekła. I siedzimy – dziesięć, piętnaście minut.

Po co to wszystko i jak to się ma do sportu? Ano, tak się ma, że wysiłek fizyczny, oprócz niezliczonych zalet, posiada też ciemną stronę. Pocenie = solna kąpiel na całym ciele (ze szczególnym naciskiem na wrażliwą skórę twarzy), zatkane pory (a jeszcze jak ktoś z pełnym makijażem ćwiczy… naprawdę szkoda mi skóry twarzy) i pewnie inne dramaty. Mojej cerze (suchej, wrażliwej i naczynkowej – bajka) codzienne spotkania z Cetaphilem i wodą termalną (to drugie jak nie zapomnę…) nie wystarczają i co jakiś czas patrząc w lustro mam ochotę je stłuc. Tu przesuszone (nie lustro, miejsce na mojej twarzy), tu czerwone, tu jakiś nieproszony gość. Rzadko, ale się zdarza. Korzystając więc z wolnej chwili (powinno być: “regularnie, co najmniej raz w tygodniu”…) robię takie “coś”, jak dzisiaj.

Jak już wysiedzimy te kilka-kilkanaście minut pod ręcznikiem, czas osuszyć delikatnie buzię i nałożyć maseczkę. Jaką? To już zależy od potrzeb… poniżej moje dwie ulubione, obie firmy Lush, którą uwielbiam, ale niestety (ktoś mnie poprawi?) nie ma sklepu Lush w Polsce. Co począć.

1. Cereal Killer (obecnie chyba Oatfix) – odżywcza maska do suchej skóry. Banany, illipe butter (olej z drzewa Madhuca longifolia, nie mam pojęcia, jaka jest polska nazwa), płatki owsiane, migdały, kaolin, wanilia. Bardzo przyjemna rzecz na twarzy, tylko wygląda nienajpiękniej… ale jaka maska wygląda pięknie? Więcej informacji o płatkowej maseczce tu.

mask-0034-2

mask-0035

2. Mask of Magnaminty – najlepsza maseczka na świecie. Przysięgam. Jak widać na zdjęciach poniżej, moja się skończyła, ale używałam jej regularnie w Londynie (gdzie sklepów Lush dostatek, w dodatku przynosząc pięć pustych opakowań, dostaje się dowolnie wybraną nową maseczkę/inny produkt – co za wspaniały system) i jeśli cokolwiek brzydkiego wyskoczyło mi na twarzy, to ta zielona maź ratowała mi życie. I w przeciwieństwie do większości agresywnych, oczyszczających paskudztw, nie podrażnia skóry. I pachnie miętą i chłodzi. Skład tu (klik).

mask-0070

mask-0073

No dobra, owsianka na twarz. Pachnie nieźle, wytrzymam (jakby nie patrzeć, to jakieś ciało obce obklejające mi twarz, to nie jest komfortowe). Oddychaj, Ewa, spokojnie, będzie pięknie.

mask-0049

Mam już trochę dość. Ile jeszcze? Pięć minut? Chcę. To. Zmyć. Natychmiast.

mask-0051

Chciałaś pobawić się w blogerkę urodową, to masz. Uśmiechaj się i rób słodkie miny do obiektywu. Spojrzenie pełne naiwnej nadziei i radości, kto nie lubi owsianki? Nawet z rozbabranym, rozpacianym jedzeniem na twarzy trzeba trzymać fason. I wyglądać glamour.

mask-0053

W porządku, można biec do łazienki i zmyć jedzenie z twarzy. Jeszcze wklepać coś nawilżającego w tę wrażliwą buźkę, i… spokój z takimi dziwactwami na jakiś czas ;).

P.S. Naprawdę (naprawdę!) nie mam nic do blogerek urodowych 😉