Już nie Iron Woman

– Dzień dobry, ja na zdjęcie szwów.
– A po jakim zabiegu?
– Wyjęcie materiału z piszczeli po zespoleniu złamania zmęczeniowego.
– Słucham? Jak pani tę kość złamała?
– Tak w skrócie to na półmaratonie, ale to zmęczeniowe, więc…
– Pierwsze słyszę, taka twarda kość! Może pani jakieś niedobory miała?

Read More »

instagram3

Był sobie rower… zimą

Gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości, wahał się, zastanawiał, chciał się przekonać, ale miał pewne obawy… to ja, w dobroci serca, wyręczę.

Otóż. Kręcenie na mrozie to jest, całkiem dosłownie, ostra jazda bez trzymanki. Trzy warstwy tłustego kremu, sześć warstw odzienia – to wszystko może i nie zaszkodzi, ale nie zmienia faktu, że…

Read More »

Będąc młodą łyżwiarką, czyli jak przetrwać na lodowisku

Lodowisko to jedno z bardziej niebezpiecznych sportowych miejsc na mapie miasta i zamierzam to dziś udowodnić. Mówię jak jest.

Od kiedy tylko gdańska ślizgawka przy Placu Zebrań Ludowo-Lodowych została otwarta, czyli od początku listopada, regularnie się tam pojawiam. Co prawda przy pierwszym wyjściu na łyżwy lekko panikowałam, bo przecież ostatnio jeździłam w liceum, a teraz mam w nodze metal i z pewnością jeśli sama nie zaliczę popisowej gleby, to ktoś we mnie wjedzie, przetnie mi nogę na pół, poleje się krew i nastąpi ogólna katastrofa. Cóż, póki co żadna z tych rzeczy, a tym bardziej wszystkie razem, nie miała miejsca.

Read More »

moskwa2-0379

Koktajl, to jest to!

Z serii: szef kuchni poleca. Drugie śniadanie, podwieczorek, potreningowe uzupełnianie. Albo cokolwiek chcecie… Koktajl, który mi nie wyszedł, ale wam wyjdzie, jeśli dodacie kiwi. Ja nie dodałam i lekko mnie zamuliło i zemdliło. To jedna z tych sytuacji, gdzie nie ma co unosić się ambicją, tylko lepiej nauczyć się na cudzym błędzie, o.

moskwa2-0368

Read More »

“Co ty właściwie jesz?” vol. II

Z pytaniem “co ty właściwie jesz?” spotykałam się już na diecie wegetariańskiej (z okazjonalnym łososiem raz na jakiś czas). Tymczasem sprawy się pokomplikowały i stało się tak, że kilka miesięcy temu wprowadziłam kolejne zmiany w moim odżywianiu. O ile brak mięsa w diecie można nazwać fanaberią (względną), to wykluczenie kolejnych produktów jest stricte kwestią zdrowia. Kiedy przestępując próg rodzinnego domu oznajmiłam, że aktualnie nie jem mięsa, glutenu, nabiału i soi, moja mama załamała ręce. Wcale jej się zresztą nie dziwię, bo brzmi to kiepsko, nie ukrywajmy.

Read More »

Fitness Blender

To będzie wpis na fali mojej ekscytacji powrotem to regularnej aktywności. Endorfiny buzują, emocjonalność w przestworzach i tak dalej.

Otóż. Genialne treningi znalazłam. Podejrzewam, że jestem ostatnią lamą internetową i większość towarzystwa zapewne serię Fitness Blender zna, jednak może się ktoś uchował i ta informacja mu się przyda. Dla mnie Fitness Blender to coś nowego. Lubię treningi E. Chodakowskiej i nie zamierzam ich porzucać na zawsze, ale trochę tam dla mnie wszystkiego za dużo – gadania, koloru, ozdobników… Tutaj mamy postać na białym tle, konkretne instrukcje i heja, że tak się kolokwialnie wyrażę. Mi to odpowiada – na Chodakowską patrzę i myślę, że takiego brzucha to ja nigdy mieć nie będę. Na Fitness Blenderze jakoś nie zwracam uwagi na brzuch instruktorki (choć fajny), bo jej sylwetka bardziej przypomina mi ludzika Lego albo innego plastusia. Neutralna jest. A motywacyjnie to ja wolę na swój brzuch w lustrze patrzeć i przez zaciśnięte zęby mówić coś w stylu “giń, tłuszczu”.

Read More »

2 m-ce rozmemłania – taka sytuacja

No dobrze. Dzisiaj konkrety.

Od kiedy skończył mi się karnet na basen w połowie grudnia, wszystko się posypało. Wszystko ćwiczeniowo. Nie, nie leżałam na kanapie wciągając czekoladki, ale posypało się. W styczniu wyjechałam na staż, zaraz potem do Rosji, gdzie jestem teraz, porządek dzienny wywrócił mi się do góry nogami i pół życia też. Nie rozwodząc się zbytnio, powtórzę – wszystko się posypało aktywnościowo. Niby machnęłam czasem jakieś pompki, brzuszki, pokręciłam na rowerku, gdy przyjechałam do domu, w Brukseli poćwiczyłam na Wii, ale można to wszystko na palcach jednej ręki policzyć. I kurczę, im dłużej nic się nie robi, tym trudniej coś zrobić. I wścieka się człowiek na siebie okrutnie (no dobrze, najpierw się nie wścieka, tylko powtarza codziennie “taka jestem zmęczona, muszę odsapnąć po pracy” – no i tak odsapuje do 21, film, winko, wyjście do znajomych, na piwo, długa kąpiel…). Nie wiem, kiedy minęły dwa miesiące – tak jakby w mgnieniu oka… Ocknęłam się kilka dni temu z tego letargu, kiedy stwierdziłam, że jakaś “pospinana” jestem, ciągle senna, wszystko nie tak. Raz i drugi zabolało kolano niewytłumaczalnie (o tyle wytłumaczalnie, że mam tam gwóźdź, ale przy regularnych ćwiczeniach było już bardzo dobrze). Napatrzyłam się na ociężałe, ospałe Rosjanki – matrony w kożuchach, z oplecionymi żylakami nogami, na Rosjan kopcących najtańsze papierosy pod przystankową wiatą… zakrztusiłam się dymem i pomyślałam “Ewa, ratuj się, póki możesz”. Do tego dwa tygodnie temu robiłam moje standardowe badania tarczycowe i… klops. Moja od prawie dwóch lat ustabilizowana tarczyca ześwirowała znów, niedoczynność welcome to – ponownie. Oraz oczywiście niedobór witaminy D3, więc teraz łykam solidną dawkę codziennie (choć w tym ciemnym Petersburgu to i dwie tabletki to za mało chyba).

Read More »