Nie samym bieganiem człowiek żyje. Czytaniem także: Scott Jurek ‘Jedz i biegaj’

Ludzie zawsze zadają mi te same pytania: Dlaczego trenuję po pięć godzin dziennie, skoro do utrzymania formy wystarczałaby mi dwudziestopięciuminotowa przebieżka? Dlaczego, zamiast pobiec w normalnym maratonie, jak cywilizowany człowiek, ja wolę wziąć udział w wyścigu, którego trasa równa się czterem takim maratonom? Czemu zamiast truchtać sobie w cieniu drzew, wybieram bieganie w Dolinie Śmierci w samym środku lata? Czy jestem masochistą? Uzależniłem się od endorfin? Czy jest coś, jakaś tajemnica, przed którą uciekam? A może biegnę w poszukiwaniu czegoś, co nigdy nie było mi dane?

Nadszedł czas, żeby podzielić się wrażeniami z lektury ‘Jedzi biegaj’ Scotta Jurka. Kim jest Scott Jurek? Prawdopodobnie większość biegaczy, nawet tych początkujących, przynajmniej o nim słyszała. Zresztą, nie tylko biegacze o “Dżurku” słyszeli – moja mama, która z bieganiem niewiele ma wspólnego, średnio kilka razy w tygodniu słyszy “Mamooo, a jak będę w domu, zrobimy burgery z soczewicą Scotta Jurka? Albo zimowe chilli? Albo mleko z konopi (to ostatnie wywołało lekkie zdziwienie, ale tylko chwilowe)?”. Scott to jeden z najlepszych ultramaratończyków na świecie. Niesamowite wyniki w biegach na 100, 160, czy 217 kilometrów robią wrażenie. Także 266,6 kilometrów w biegu dwudziestoczterogodzinnym… Podobnie bieganie z plemieniem Tarahumara – o tym można przeczytać więcej w książce ‘Urodzeni biegacze’ Christophera McDougall’a. Jednak osiągnięcia Scotta nie są w ‘Jedz i biegaj’ najważniejsze. Jakkolwiek banalnie to zabrzmi, najważniejsza jest droga, jaką Scott przebył. ‘Jedz i biegaj’ to w dużej mierze autobiografia tego biegacza; czytamy o jego dzieciństwie, dorastaniu, wpływie tego okresu na późniejsze decyzje i sukcesy. W pamięć zapada powtarzane przez ojca Scotta niemal jak mantra zdanie “Czasem po prostu trzeba”.

Recenzji ‘Jedz i biegaj’ można znaleźć w internecie wiele, większość koncentruje się na tym, jak Scott łączy bieganie ultra z dietą wegańską, na dystansach pokonywanych przez biegacza i jakim niesamowitym jest człowiekiem. To wszystko prawda. Do tego ‘Jedz i biegaj’ czyta się naprawdę lekko, lektura podzielona została na krótkie rozdziały, co sprawia, że choć trudno się od niej oderwać, można ją z powodzeniem czytać w środkach komunikacji miejskiej lub pilnując gotującego się obiadu bez większych obaw o przegapienie przystanku lub przypalenie zupy. Co jednak mnie, biegaczkę-amatorkę, dopiero zmierzającą do swojego pierwszego maratonu, urzekło w ‘Jedz i biegaj’? Co zaintrygowało? Co sprawiło, że przeczytałam tę książkę w niecałe trzy dni, mimo nawału zajęć i obowiązków? Co nie pozwoliło zatrzymać się po kilku rozdziałach i zapaliło mi w głowie intensywnie palącą się do teraz lampkę?

Nikt tak bardzo jak ja nie pragnie wygrywać. Biegając w ultramaratonach, nauczyłem się jednak, że czas na mecie to tylko liczby, po prostu wynik, nawet jeśli walczę o niego każdym ścięgnem i mięśniem mojego ciała. Bardziej niż samo zwycięstwo liczy się to, co i jak zrobiłem, by je osiągnąć. Czy się przygotowałem? Czy jestem skupiony? Czy zatroszczyłem się o swoje ciało, czy jadłem zdrowo i rozważnie? Czy odpowiednio trenowałem? Czy zmuszałem się do maksymalnego wysiłku?

Powyższe słowa to rachunek sumienia biegacza, nie tylko przed ultra, ale przed każdym biegiem. Ale też życiowy rachunek sumienia do zastosowania w innych ważnych momentach. Scott dalej pisze, że te pytania to uniwersalny drogowskaz dla każdego, kto do czegoś dąży. Chcemy przecież dostać awans, zdobyć dziewczynę albo chłopaka, pokonać osobisty rekord w biegu na pięć kilometrów. Określa nas jednak nie to, czy dostajemy, czego chcemy, ale to, jak zabieramy się do rzeczy. Myślę sobie, że dużo w tym racji i warto taki “rachunek sumienia” regularnie przeprowadzać i przywracać sobie właściwą perspektywę.

Scott jest przekonany, że swoje rezultaty w dużej mierze zawdzięcza wegańskiej diecie. Dla wielu może to być szokujące, no bo jak to – energia do takich biegów z trawy? Wydaje mi się, że takie opinie wynikają przede wszystkim z braku świadomości, czym jest weganizm. Scott, jaki prezentuje się w ‘Jedz i biegaj’, jest zaprzeczeniem stereotypowego fanatycznego weganina. Jego sposób odżywiania jawi się jako świadomy, racjonalny wybór i decyzja, do której dochodził stopniowo. Nie brak w ‘Jedz i biegaj’ wzmianek o stołowaniu się w McDonaldzie i tradycyjnej kuchni obecnej w jego rodzinnym domu. Każdy z krótkich rozdziałów książki kończy się wegańskim przepisem – czasem na pełne danie, czasem na koktajl, deser lub przekąskę. Podobno wiele składników jest wymyślnych i trudno je dostać w Polsce lub znajdują się na najdroższych półkach sklepów ze zdrową żywnością. Wydaje mi się jednak, że takich składników jest tylko kilka i z powodzeniem można je zastąpić tańszymi, dostępnymi w Polsce odpowiednikami. Przeszkodą jest tylko nasza wyobraźnia, ja traktuję przepisy Scotta jako inspirację i urozmaicenie mojej diety.

Co dała mi lektura ‘Jedz i biegaj’? Od wielu osób, biegających dłużej i szybciej ode mnie, słyszałam, że po przeczytaniu ‘Jedz i biegaj’ stwierdzali, że “ultra to coś strasznego, w życiu czegoś takiego nie przebiegnę, to jakaś mordęga”. To jest mordęga, z pewnością. We mnie ta lektura wprawiła w ruch jakąś szaloną machinę, która sprawia, że nie ma dnia, żebym nie pomyślała o przebiegnięciu ultra. Mój pierwszy półmaraton w maju, jesienią maraton, przede mną jeszcze długa droga. Ale zupełnie mi to nie przeszkadza w myśleniu o czymś więcej, dalej, intensywniej. Zachowując ogromny respekt wobec biegania i wyzwań, jakie niesie, po prostu wiem, że prędzej czy później pojawię się na trasie biegu dłuższego niż maraton.

Scott pisze: Jeśli biegniesz sprintem i nie jesteś akurat w doskonałej formie, masz problem. W ultramaratonie kontuzje, zmęczenie, kiepska forma i choroba schodzą na drugi plan. Zdeterminowany niedźwiedź zawsze pokona rozmarzoną gazelę. Nie pamiętam, ile już razy słyszałem: “Nie wierzę, że on mnie pokonał”. Odległość ogałaca cię ze wszystkiego. Chcę tak. Chcę czegoś takiego doświadczyć. To zrobiła ze mną książka Scotta Jurka. Jasno pokazała też, że klucz tkwi w prostocie. Jedz i biegaj. Nie w wymyślnych strojach i najnowszym modelu butów leży sukces. Zresztą, czym jest sukces… Najważniejsze dzieje się w głowie. Ta książka pokazuje, że powiedzenie, że “biega się głową” to nie wytarty frazes. Tak po prostu jest, możliwości mamy niewyobrażalne. Niewyobrażalne… dopóki nie wystawimy się na próbę i nie podejmiemy wyzwania, jakim jest, na przykład, bieg ultra. Wtedy następuje wielka konfrontacja wyobrażeń, rzeczywistości, możliwości, wewnętrznej siły.

Chcielibyście poznać odpowiedzi na wszystkie “dlaczego” zawarte w pierwszym akapicie? Myślę, że lektura ‘Jedz i biegaj’ daje odpowiedzi na te pytania. A niektórym na tyle miesza w głowie, że postanawiają sami przekonać się, jakie byłyby ich własne odpowiedzi. Ja bardzo chciałabym móc kiedyś powiedzieć, podobnie jak Scott:

Biegnąc godzinami Tonto Trail, zostawiliśmy za sobą wszystko poza ziemią, niebem i naszymi ciałami. Uwolniłem się od wszelkiej myśli, poza refleksją o tym, co robię tu i teraz, jak unoszę się pomiędzy tym, co było, i tym, co będzie, pewnie zawieszony między rzeką a krawędzią. Wreszcie przypomniałem sobie, co znalazłem w ultramaratonie. I przypomniałem sobie, co zgubiłem.

Advertisements

Spalamy, spalamy…

Dość szybko uznałam, że pisanie ‘research design’ mnie usypia. Do tego egzamin z rosyjskiego, który mam już za sobą, to wystarczająca dawka intelektualnych wyzwań na piątek, więc cóż lepszego, jak pogrzebać na blogu… No, lepsze byłoby bieganie, które przełożyłam z wczoraj na dziś. Tja, to sobie przełożyłam. Jest mgła jak mleko, robi się ciemno i jest zamieć śnieżna. We Włoszech, w których dwa dni temu można było spokojnie biegać “na krótko” i rozpocząć nadawanie kończynom koloru. Śnieg śniegiem, ale po ciemku to ja sama biegać nie pójdę, nie i koniec. Zwyczajnie się boję i tyle.
Tymczasem, z przyjemnością patrzę na statystyki na Endomondo, bo został jeszcze tydzień lutego a trening czasowo zrównał się już ze styczniem. A kalorii już więcej spalonych, ale to taka tam, ciekawostka ;).

Screen shot 2013-02-22 at 16.41.00

Screen shot 2013-02-22 at 16.41.09

Jak widać na powyższych wykresach, moje sportowe życie toczy się w odcieniach róży balansowanego popasem na zielonej trawce. Róż to: aerobik (w tym różne programy Ewy Chodakowskiej, Jillian Michaels, czasem coś innego internetowego), sztuki walki (ha-ha… Tae Bo sobie fikam ;)), joga (rzadko, ale ‘Yoga for Runners’ z panem o pięknych dłoniach jest okej), Iron Strength Workout z RW i chyba w styczniu spinning się zdarzył. Zielony popas to tak naprawdę biegowa walka z korzeniami i błotem, rzadziej po chodniku :).

Bardzo polecam taki zestaw: rozgrzewka, 4x6min. trening domowy E. Chodakowskiej (moim zdaniem najfajniejsze jej ćwiczenia, nie zdążę się znudzić, są konkretne) + tae bo (np. ten trening). Można się zmęczyć, ja wczoraj wypiłam w trakcie półtora litra wody (łącznie z tym co przed i po, jak ćwiczę to ćwiczę, a nie obijam się pod pretekstem picia ;)).

Po co to wszystko? Bo lubię, bo fajne, bo resetuje głowę… prawda to. Doszłam jednak do wniosku, że trzeba konkretnie zejść z wagi, jeśli chcę przyspieszyć moje bieganie (a chcę!) i docelowo ładnie pobiec w Brukseli. Także… cardio, odwrócone interwały i inne szmyry wyry wprowadzam elegancko w plan. Z jedzeniem nie świruję, może tylko po zjedzeniu paska czekolady, idę odnieść ją do szafki w kuchni, zamiast kłaść na biurku przed sobą ;).

Kremowe risotto, kremowa kasza gryczana, kremowy makaron… kremowo mi :)

Dziś o jedzeniu. Przejadł mi się trochę makaron z pesto, poza tym został mi tylko pipette rigate, który nadaje się najlepiej to sosów. Zapiekankę lub babkę ziemniaczaną to ja i owszem, ale raz na baaardzo długi czas, bo po zjedzeniu takiej nie jestem w stanie ruszyć sie przez kilka godzin.

Zdjęć niestety niet, bo zbyt upaprane miałam rece w trakcie gotowania a mój aparat nadal cierpi na brak dekielka, więc jest narażony na fruwające po kuchni ingredienta.

Z góry uprzedzam, że krytyczne komentarze na temat śmietany będą kasowane :D. Szczerze mówiąc nigdy (serio) wcześniej nie używałam śmietany (nie znoszę zabielanych zup) inaczej niż do mizerii (a i tu pół na pół z jogurtem naturalnym) i postanowiłam trochę poeksperymentować, po drugie, takie dania są bardzo sycące, po trzecie, działają jako comfort food, gdy zimno “i w ogóle”. Więcej nie będę się tłumaczyć 🙂

1. Kremowe risotto

Zaletą tego dania (pozostałych również) jest to, że wszystko “robi sie” jednocześnie. Tylko ryżu trzeba pilnować nieustannie. To znaczy przez jakieś 20 minut :).

Warzywa – żółta papryka, cukinia, cebula, suszone pomidory, lądują w naczyniu żaroodpornym, polane oliwą z oliwek i posypane ziołami. Naczynie ląduje zaś w piekarniku (180 – 200 stopni). Ryż do risotto wsypujemy na patelnię na rozgrzane masło, mieszamy, żeby cały ryżyk się ozłocił ;). Parę minut tak się bawimy, po czym zaczynamy podlewać ryż… sposobów jest nieskończona ilość. Można winem, można bulionem warzywnym… ja tym razem na początku wlałam szklankę mleka, potem mleko pół na pół z wodą, potem już tylko podlewałam wodą. W międzyczasie sól, pieprz. Gdy ryż jest gotowy, wyciągamy warzywa z piekarnika, mieszamy z ryżem, kruszymy trochę fety (i/lub innego sera – można posypać wierzch dania do ładnego zapieczenia, albo wymieszać, żeby danie było bardziej ciągnące, choć przez gotowanie na mleku i wodzie sam ryż już jest klejący). Kilka minut w piekarniku i gotowe 🙂

2. Kremowa kasza gryczana

Uwielbiam kaszę gryczaną i bardzo ubolewam nad tym, że nie ma jej we włoskich sklepach. To samo było w Anglii. Dlatego wspinając się na wyżyny sprytu, przywiozłam sobie kilka woreczków kaszy z Polski :).

Kaszę wrzucamy do osolonego wrzątku i przestajemy się nią martwić. Na patelni ląduje cebula w cienkich piórach, po chwili pokrojone drobno suszone pomidory. Podlewamy delikatnie śmietaną (ilość to kwestia gustu, wszystko dzieje się na wolnym ogniu, do gorącego sosu dodajemy trochę pokruszonego sera feta (prawda jest taka, że chciałam się go po prostu pozbyć z lodówki), przyprawiamy (sól, pieprz, majeranek). Łączymy z kaszą, voila.

3. Kremowy makaron

Makron rzucamy na osolony wrzątek. Mamy 8 minut, do dzieła :D. Patelnia, olej/masło, czosnek. Na to pokrojona drobno czerwona papryka, czarne oliwki (ja kroję ;)), śmietana, feta, pieprz (sól już jest w makaronie w wystarczającej ilości dla mnie). Makaron odcedzamy i wrzucamy do sosu na patelnię. Mieszamy, aż sos wypełni makaron, cieszymy się smakiem kibicując Justynie Kowalczyk. Efekty jakie są, każdy widzi. My najedzeni, Justyna wygrywa, życie jest piękne :).

P.S. do tych dań można zastosować masę innych warzyw i dodatków, ja po prostu za każdym razem otwierałam lodówkę i patrząc na jej skromną zawartość zastanwiałam się, jak mogę połączyć te kilka składników, które akurat miałam :).

P.S.S. jestem lamą roku, zaplanowałam piękne wybieganie dzisiaj, o czym nie pomyślałam rano pędząc na zajęcia (tja, zajęcia o 9.00 w sobotę, bo coś kiedyś ktoś jakieś włoskie święto) i w biegu nastawiając pranie… wszystkich moich sportowych ciuchów oprócz rajtków biegowych. To teraz mam wszystko mokre i figa z makiem. Ale ja się nie dam, wieczorem się zmasakruję domowo, a jutro ciągnąc za sobą zapach świeżości pobiegnę przez pola i łąki… To ostatni moment na taki fristajl, bo od poniedziałku plan pod Brukselę! 🙂

Brukselo, przybywam. Albo: przybędę, zdobędę….

Od kilku dni chodzę z taaaakim uśmiechem na twarzy. W sumie to ja zazwyczaj jawię się światu uśmiechnięta, a nie w stanie głębokiej depresji tudzież zwykłego przygnębienia, ale nie codziennie (tylko co drugi dzień ;)) nie jestem w stanie powstrzymać uśmiechu nawet nie od ucha do ucha, tylko oplatającego całą głowę. Podekscytowanie objawia się także stosowaniem dziwacznych hiperboli…

No dobrze, ale co takiego się stało? Otóż! Jest późny poranek, za piętnaście minut zaczynam zajęcia, a zamiast w drodze na uczelnię, nurkuję pod śpiworem, szukając kluczy (1. tak, śpię ostatnio w śpiworze, to jeden z objawów tęsknoty górskiej; 2. tak, jeśli nie mogę znaleźć kluczy/skarpetek/pomadki, to najpewniej są gdzieś w śpiworze). Kątem oka spoglądam na ekran laptopa… a tu brat mój (jeden z wielu, tzn. dwóch) zaczepia mnie na gmailowym czacie. Ale, jak zaczepia…

“Elo sister, chcesz wpasc w maju na bieg 20km brussels? Mogę Ci kupić bilety na samolot, a jak się uda, to zapiszę Cię do teamu Europa” !!!

Po pierwsze, oczywiście bardzo kocham mojego brata :). Po drugie… yabadabadoo! Cieszę się ogromnie, bo

a) witaj przygodo!
b) lubię do Brukseli wpadać (lecę w piątek, bieg jest w niedzielę, wracam w poniedziałek), bo to fajne miasto jest… na chwilę.
c) będzie medaaaal! (jeśli dobiegnę ;))
d) “family time, quality time” – od ładnych kilku lat uczę się coraz bardziej doceniać takie spotkania, bo mieszkając w różnych częściach Europy (dobrze, że Europy) widujemy się zawsze za rzadko i zbyt krótko…
e) mój brat, który do tej pory na moje entuzjastyczne wypowiedzi na temat biegania reagował mniej więcej tak: “eee… no fajnie… ale ja więcej niż 5km nie przebiegnę… przebiegłem parę miesięcy temu z marszu w 27 minut, myślałem, że padnę”, także zapisał się na ten bieg! (po czym kilka godzin później napisał do mnie: “Ewa, według planu treningowego na stronie biegu, powinienem zacząć biegać… już jutro!”)
f) udało się i… pobiegnę w teamie instytucji europejskich ;). Miło będzie zobaczyć garniakowych ważniaków na sportowo… zawsze to lepsza atmosfera dla networkingu 😉
g) tysiąc innych powodów!

Po wielu niespokojnych wieczorach… mam też plan. 14 tygodni, zaczynam 18 lutego, wtedy też kilka słów więcej o owym planie. Fajny jest. Hopsasa!

Poza tym… zapisałam się na jeszcze jedno biegowe wydarzenie. Palce niecierpliwie stukają w klawiaturę, ale nieeeee, nieeeee, nieeeee powieeeeeem. Jeszcze nie. Bo mnie do wariatkowa skierujecie.

Na koniec apel: wszyscy mocno trzymamy kciuki, żebym niedługo mogła oznajmić, że przyszłą biegową jesień i zimę będę relacjonować z dalekiej krainy. Albo będę umierać w upalnym Stambule, albo zamarzać w lodowatym Petersburgu. Innych opcji w ogóle nie biorę pod uwagę.

W następnym odcinku proszę się spodziewać wielu zachwytów i samouwielbienia w związku z moimi poczynaniami w kuchni. Będzie także o szalejącym Garminie i moich przemyśleniach interwałowych (no naprawdę biegnąc poniżej 4min/km umysł wchodzi na inne obroty ;)).

Jedz (ciastka) i biegaj (ucz się)

Tonę w aplikacjach na przyszły semestr zagraniczny, więc krótko. Kończę czytać ‘Jedz i biegaj’ i moja konsternacja i filolilozofolozofowanie 😉 wkracza na kolejny poziom. Przeczytam, ochłonę, napiszę kilka słów. W dużym skrócie: mam wrażenie, jakby mój biegowy horyzont myślowy rozciągał się niczym z gumy. Już nawet nie staram się racjonalizować i tłumaczyć sobie, że “to tylko książka, uspokój się Ewa”. To nie jest tylko książka, kocham Scotta Jurka :D. Tym stwierdzeniem zakończę tę ekshibicjonistyczną wypowiedź i wracam do pracy.

A, jeszcze ciastka. Bez paliwa to ani nogi, ani umysł nie pobiegną… ;). Gotuję nieźle, piekę w sumie też, ale z czymś tak banalnym, jak ciastka owsiane, zawsze miałam problem, bo nigdy nie wychodzą tak jakbym chciała, no i nigdy nie wychodzą tak samo (czy to dobrze, czy źle, to sprawa dyskusyjna). Dobre w ciastkach owsianych jest z pewnością to, że można tam wrzucić bardzo wiele i dostosować je do indywidualnych preferencji. Orzechy (nie lubię włoskich, ale nerkowca uwielbiam, no i są taaakie słodziutkie), migdały (posiekane lub w płatkach), brazylijskie (mniam); pestki dyni, słonecznika, czegokolwiek (prawie); płatki owsiane; suszone owoce (żurawina!); wiórki kokosowe; rozpaćkany banan i w wersji delux, masło orzechowe (omnomnomnom). Do tego jajko (dałam dwa) dla ‘sklejki’ i prawie gotowe – lepimy i rozpłaszczamy ciasteczka na wyłożonej pergaminem blasze i pieczemy. W zależności od konsystencji i wilgotności, od kilkunastu do trzydziestu minut w 180 stopniach (ale to jest bardzo umowne, każdy piekarnik rządzi się swoimi prawami). Voila! Zjadłabym teraz, siedząc w bibliotece…

wizyta-0007

wizyta-0006

Cierpienia młodego biegacza (biegaczki)

Jak już oznajmiłam na fejsbuce, od dobrych kilku dni nie mogę biegać. Powód jest taki, że nie mam na niego zbytniego wpływu, tak mniej więcej w 93 procentach. Na szczęście nie jest to kontuzja, bo to by była dłuższa przerwa no i pewnie jakaś wielka depresja. A tak to “tylko” tydzień bez przebierania nóżkami. Niby niewiele, ale odczuwam to konkretnie. Do tego trochę jestem skołowana intensywnością końcówki czasu gdańskiego (wspaniałego!) i powrotem do Italii – uwielbiam latać i przemieszczać się po świecie, ale gdy trzeba samej i z dużym bagażem, to… to tak jakby mniej uwielbiam. Było też trochę stresu, bo jeszcze w środę w południe nie wiedziałam, czy mam gdzie spać w Mediolanie wieczorem, więc t r a g e d i a. No ale nic, jestem już u siebie i walczę z terminami na uczelni. A, gdyby ktoś chciał trochę Rzymu analogowego, to proszę tu i tu.

Smutnych wieści jest więcej, nie będę mogła pobiec w wymarzonym półmaratonie w Weronie. Zależało mi na tym niesamowicie, nastawiłam się już bardzo na ten bieg, niezależnie od wyniku. A tu klapa. Cóż, nie rozdwoję się, a obowiązki to obowiązki. Taki lajf.

Płynnie przechodząc do kolejnej kwestii… otóż. Przeczytałam “Urodzonych biegaczy” – lepiej późno niź później, choć z reakcji na fejsbuce wynika, że więcej jest blogaczy, którzy jeszcze do tej lektury nie podeszli. Nie wiem, dlaczego żyłam w przekonaniu, że każdy już tę książkę pochłonął. Wrażenia? Owszem, jest ‘amerykańska’ stylem, do bólu wręcz. Literackich horyzontów więc nie poszerza. Ale chyba nie o to w tej książce chodzi i nie na tym się skupiłam. Jest napisana tak a nie inaczej, nie ma co się nad tym rozwodzić. Natomiast o wiele ważniejszy jest przekaz i szczerze mówiąc ciekawa jestem, czy krótko po opublikowaniu “Urodzonych biegaczy” przypadkiem nie spadła sprzedaż butów do biegania kilku czołowych firm sporotowych. Ja gdy wczoraj zobaczyłam reklamę nowych butów chyba Nike’a, które mają kosztować bodaj 729 zł, mało z łóżka nie spadłam, stwierdzając, że kogo jak kogo, ale mnie to w bambuko robić nie będą. Wolę poddać się indoktrynacji McDougalla niż gigantów rządzących sportowym rynkiem, przechodzę fazę buntu w kwestii obuwia biegowego oraz biegania po asfalcie i mam ochotę biegać tylko po naturalnym podłożu w naturalnym obuwiu. Które, jak na złość, także stało się produktem marketingowym i kawałek cieniutkiej gumowej podeszwy obleczonej neonową siateczką kosztuje tyle samo, co buty z amortyzacją jak dla Godzilli. Wszystko to jest na głowie postawione.

To skoro biegać nie mogę (ale jutro już chyba tak!), idę pomęczyć się z Chodakowską. Nowa płyta jest, trzeba zobaczyć, czym tak internety straszą. No i nie ma to tamto, jeśli szalony pomysł wejścia na Mont Blanc (lub Elbrus) w te wakacje ma się udać, to trzeba powalczyć.

P.S. W bardzo dużym skrócie mój niedawny sen: Po tym, jak zeszła lawina pod MBlanc i ktoś zawinął mój plecak i zostałam bez niczego, trafiłam do nepalsko-zakopiańskiej chaty, gdzie tak długo tłumaczyłam obecnym, że muszą mi wydać resztę z 10 euro, bo jedna suszona morela kosztowała tylko kilkadziesiąt eurocentów, że Scott Jurek zaprosił mnie do San Francisco i powiedział, że mogę tam z nim mieszkać, jak długo chcę.

Tja. Dzień (noc) jak co dzień (co noc?).