Był sobie rower… zimą

Gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości, wahał się, zastanawiał, chciał się przekonać, ale miał pewne obawy… to ja, w dobroci serca, wyręczę.

Otóż. Kręcenie na mrozie to jest, całkiem dosłownie, ostra jazda bez trzymanki. Trzy warstwy tłustego kremu, sześć warstw odzienia – to wszystko może i nie zaszkodzi, ale nie zmienia faktu, że…

Read More »

Advertisements

Morsing, szczupaking, foczking i morświning…

Długi weekend niepodległościowy spędziłam w Borach Tucholskich. Fantastyczny czas z przyjaciółmi, jedna tylko rzecz lekko mnie trapiła – spodziewany brak ruchu. Oczywiście spędziliśmy sporo czasu na spacerach po lesie oraz sadzeniu drzewek, więc nie był to wyjazd pod tytułem “leżing i kanaping”, ale ani roweru, ani beretów, ani porządnych ćwiczeń się nie spodziewałam. Nawet w przyniesieniu chrustu do rozpalenia ogniska wyręczyli nas mężczyźni, więc siłowo nie popracowałam. Było natomiast siedzenie przy gitarze nocą, tańce (w sumie to ruch), trunków kosztowanie (wmawiam sobie, że miód pitny i ziołowe nalewki mogły mi tylko pomóc). Wszystko to sprawiło, że postanowiłam jakoś ten wyjazd urozmaicić i gdy w niedzielę o świcie patrzyłam z zazdrością, jak M. wciąga bułkę z nutellą przed bieganiem, zdecydowałam, że ja też wychodzę z domu. Kostium założyłam od razu po wyjściu ze śpiwora, żeby się przypadkiem nie rozmyślić, siatka z ciepłymi ubraniami była gotowa już w nocy… trzeba iść! Dobrze, że to jezioro dosłownie za płotem było… Pierwsze wrażenie po wyjściu z domu – przeszywające zimno. Jednocześnie było tak pięknie, że po prostu wiedziałam, że się wykąpię. Wschodzące słońce, idealnie gładka tafla wody, dwa łabędzie… Moje doświadczenie w “morsowaniu” ogranicza się do spontanicznych akcji typu kąpiel w Bałtyku lub rzece wczesną wiosną/późną jesienią, ale zawsze mnie takie klimaty pociągały, a tu okazja stworzyła się sama. W takich okolicznościach przyrody grzechem byłoby nie skorzystać.

Read More »