Guess who’s back?

Tak, wiem. Ostatni wpis w połowie listopada. Na fejsbuku też cisza. Z nowym rokiem wpadłam w wir wyjazdowo-stażowo-deadlinowy i jeszcze trochę to szaleństwo potrwa, bo za kilka dni znów wyjeżdżam i jest to skok w paszczę lwa, z bardzo słabą znajomością języka, wiszącą mi nad głową magisterką i ogólnie mocno na wariackich papierach. Stąd nie obiecuję wielkiej blogowej regularności, sportowo u mnie średnio ostatnio, nad czym ubolewam i co mocno odczuwam, ale czynię już kroki ku poprawie. Poza tym… mam wrażenie, że ostatnio większość blogów mieli to samo, mnóstwo wpisów-zapychaczy, mnóstwo mnożących się blogów o niczym – pewnie, nie muszę tego czytać, ale czasem to już witki opadają.

Read More »

Morsing, szczupaking, foczking i morświning…

Długi weekend niepodległościowy spędziłam w Borach Tucholskich. Fantastyczny czas z przyjaciółmi, jedna tylko rzecz lekko mnie trapiła – spodziewany brak ruchu. Oczywiście spędziliśmy sporo czasu na spacerach po lesie oraz sadzeniu drzewek, więc nie był to wyjazd pod tytułem “leżing i kanaping”, ale ani roweru, ani beretów, ani porządnych ćwiczeń się nie spodziewałam. Nawet w przyniesieniu chrustu do rozpalenia ogniska wyręczyli nas mężczyźni, więc siłowo nie popracowałam. Było natomiast siedzenie przy gitarze nocą, tańce (w sumie to ruch), trunków kosztowanie (wmawiam sobie, że miód pitny i ziołowe nalewki mogły mi tylko pomóc). Wszystko to sprawiło, że postanowiłam jakoś ten wyjazd urozmaicić i gdy w niedzielę o świcie patrzyłam z zazdrością, jak M. wciąga bułkę z nutellą przed bieganiem, zdecydowałam, że ja też wychodzę z domu. Kostium założyłam od razu po wyjściu ze śpiwora, żeby się przypadkiem nie rozmyślić, siatka z ciepłymi ubraniami była gotowa już w nocy… trzeba iść! Dobrze, że to jezioro dosłownie za płotem było… Pierwsze wrażenie po wyjściu z domu – przeszywające zimno. Jednocześnie było tak pięknie, że po prostu wiedziałam, że się wykąpię. Wschodzące słońce, idealnie gładka tafla wody, dwa łabędzie… Moje doświadczenie w “morsowaniu” ogranicza się do spontanicznych akcji typu kąpiel w Bałtyku lub rzece wczesną wiosną/późną jesienią, ale zawsze mnie takie klimaty pociągały, a tu okazja stworzyła się sama. W takich okolicznościach przyrody grzechem byłoby nie skorzystać.

Read More »

Roweeeer, to jest świat!

Wchodzimy w klimat bujając się do: http://www.youtube.com/watch?v=LgNeikLhrMI

Kul na maksa, kul i ekstra!

Od chwili, gdy dowiedziałam się, że będę mieć wyjmowany metal z nogi, włączył mi się w głowie program specjalny i prawie cały czas o tym myślę. Czasem myślę tak bardzo cicho, że zupełnie niewyczuwalnie, ale w pół sekundy mogę przeskoczyć na myślenie intensywne. Mam trochę pół roku na popracowanie nad ciałem i takie przygotowanie się do operacji, żeby praktycznie z dnia na dzień wskoczyć na stół i dać się pociachać, a potem elegancko stanąć na nogi. Pisałam już, że obecnie prym wiodą pływanie i rower, oraz oczywiście gimnastyka w domowym zaciszu. I przy tym zostaję przez najbliższe miesiące. Zanim dowiedziałam się o usuwaniu gwoździa, planowałam powoli truchtanie. Teraz jednak odpuszczam – mam zbyt duży uraz psychiczny, nie sprawiałoby mi to przyjemności, a tfu-tfu-odpukać-jakiekolwiek-problemy w tym momencie rozwaliłyby mi na nowo ułożony plan na najbliższy rok. Nikt za mnie studiów nie skończy, Rosja czeka, pojechać trzeba i pozamykać elegancko sprawy uczelniane. Tylko gdzie ja tam ćwiczyć będę? Może znajdzie się jakiś basen na studencką kieszeń. Bo na rowerze to ja w lutym po skutym lodem Petersburgu chyba nie pojeżdżę…

No ale – do rzeczy. Odkrywam na nowo rower i cieszę się każdym leśnym odcinkiem, bez względu na pogodę. Czego by nie mówić o Trójmieście, tutejsze ścieżki rowerowe “dają radę” i bez większych problemów można dojechać nad morze. A potem to już nad samą wodą, Brzeźno-Sopot-Gdynia, przy czym największa frajda zaczyna się za Sopotem, są liście, las, klif i zapierające dech widoki. I właśnie tak ostatnio na klifie stojąc i patrząc na morze i konie galopujące wzdłuż brzegu pomyślałam, że dobrze mi w Gdańsku (choć za rok przeprowadzka bardzo prawdopodobna, niemal pewna). A potem wskoczyłam w las, poskakałam po korzeniach (ostrożnie, bo bez kasku), tętno też mi poskakało – i poczułam taki endorfinowy strzał, że na myśl o powrocie do miasta miałam ochotę się rozpłakać. Radość, energia i ogólny “pałer” nie mniejsze niż podczas biegania. Ja chcę nowy rower! A najlepiej dwa!

Tu moja rowerowa paplanina, poniżej jesienny rower w wersji czasem słońce, czasem deszcz. Każda ma swój urok – a we mgle i deszczu uczucie “styrania” nawet lepsze.

Zdjęcie0715

Zdjęcie0717

Zdjęcie0719

Zdjęcie0721

Zdjęcie0722

Zdjęcie0723

Zdjęcie0727

Zdjęcie0729

Zdjęcie0730

Zdjęcie0735

Zdjęcie0737

Zdjęcie0760

Zdjęcie0761

Zdjęcie0769

Zdjęcie0773

Zdjęcie0775

Zdjęcie0777

Zdjęcie0778

Zdjęcie0779

Zdjęcie0781

Zdjęcie0783

“Przestań, przecież nie biegam”

Głowy nie oszukasz. Możesz tłumić, tłamsić, ignorować… a jednocześnie zachowywać się jak schizofrenik, oglądając dziesiątki filmów, czytając książki, czy wreszcie zapisując się na lekcje z instruktorem. Możesz oficjalnie mówić, że rower to głównie w ramach rehabilitacji, no bo po co innego. Przecież w leżeniu na taborecie i ćwiczeniu rąk do kraula nie ma nic dziwnego. Nic. A gdy ktoś za dużo węszy i próbuje coś zasugerować, odpowiadasz: “Przestań, przecież nie biegam”.

Tylko potem… przykładasz głowę do poduszki i dzieją się rzeczy. Takie rzeczy.

Zaczyna się od tego, bez żadnych wstępów, że jestem w wodzie i płynę. No, jest słynna “pralka”, ale daję radę. Niezły czas, wychodzę z wody… gdzie mój rower?! (padają niecenzuralne słowa) Przecież ja nie mam roweru! To znaczy mam, ale w piwnicy setki kilometrów stąd i na pewno wymaga choćby spotkania z pompką. I ścierką. O przeglądzie nie wspominając. Ani o tym, że to typowy góral… Załamana (i mokra, przypominam) biegam wśród ciągle wychodzących z wody pływaków i błagam o pożyczenie roweru (co z tego, że potrzebują go tak samo, jak ja).

Kolejna scena.

Odbiór pakietu startowego – dostaję numer, jakieś żelki, wielką torbę cukierków-energetyków na trasę. Do startu coraz bliżej, a ja znów bez roweru – spanikowana czegoś szukam – w kozakach, codziennym stroju. Co tu robić, część zawodników już wystartowała, a ja nie mam roweru. Jestem zdeterminowana i zdesperowana; na balkoniku stoi kilkunastu pro kolarzy, a pod balkonom koło mnie ich czad szosy. Zadzieram głowę, błagalnie patrzę i proszę, żeby mi któryś swojego roweru użyczył. Nie wiem, co mówię, ąle nagle wszyscy się śmieją i podnoszą ręce krzycząc “ja pożyczę, ja!”. Dostaję rower, uświadamiam sobie, że to przecież spd, a ja tu w kozakach, no trudno. I jadę (nieważne, że tak jakby pomijam pływanie). Ruszam w momencie, gdy z wody wychodzą ostatni pływacy. Jedzie się lekko, wręcz frunę, wyjeżdżam z miasta, zostaję w tyle, ale dzielnie pedałuję. Wtem! Krajobraz się zmienia, grząski, mokry piach, gdzie ja z tą szosą, za mną dopiero 30 km, muszę prowadzić rower, zaczyna się ściemniać i jakoś tak niebezpiecznawo się robi. Nagle czuję się bardzo zmęczona, szybko kalkuluję w głowie, że gdy ja będę kończyć rower gdzieś hen daleko, większość będzie na mecie, a gdzie ja i półmaraton z chorą nogą! Decyduję się na powrót, spotykam grupkę dzieci – kolędników (mamy sierpień, ekhem), próbuję wrócić, choć jakoś droga prostsza się wydawała w drugą stronę. Gładka szosa zmieniła się w wąskie weneckie chodniki, ale powtarzam sobie, że jakoś trafię, a za rok wrócę przygotowana.

Nie nadążam za moją głową.

Przychodzi Ewa do lekarza…

Od czasu operacji raczej niespecjalnie się tu uzewnętrzniałam, przynajmniej bezpośrednio, z informacjami na temat stanu mojej nogi. Tu ćwiczenia, tam basen i rower, czasem jeszcze jakiś wege przepisik… Nadszedł jednak czas ostatecznej kontroli (kilka słów o poprzedniej tu) i czas, żeby napisać, jak się sprawy mają. Na rentgenie z końca sierpnia kość była już całkowicie zrośnięta, celem był powrót do normalnego funkcjonowania – stopniowe odstawianie kul, wzmacnianie nogi, nacisk na czworogłowy i mięśnie okołokolanowe (nadal dużo pracy w tym temacie, dwa miesiące bez ruchu to jednak dramatyczne skutki… gdyby nie ortopeda-idiota w Brukseli, byłoby zupełnie inaczej). Od chyba trzech tygodni zupełnie nie używam kul, chodzę normalnie, choć na nogę uważam – to już automatyczne. Jest jeszcze lekki dyskomfort w kolanie, ale coraz mniejszy. Zresztą, o tym poniżej.

Wczoraj wybrałam się do szalonego ortopedy na wyczekiwaną, ostatnią kontrolę. Tak bardzo wyczekiwaną, że zupełnie o niej zapomniałam i nieco po północy, kiedy spojrzałam na laptopowy zegar i zobaczyłam “poniedziałek”, na chwilę zamarłam, przekonana, że przegapiłam wizytę. Chyba bardzo zmęczona byłam.

Skłamałabym, gdybym napisała, że się nie denerwowałam. Nie dość, że orto jest specyficznym człowiekiem, to jakiś niedobry głos w głowie podsuwał czarne scenariusze, które oczywiście nabierają mocy, kiedy czeka się w pod gabinetem w tłumie pokiereszowanych. Choć latem tłum był zagipsowany i o kulach, teraz jakby większość do “zwykłej” kontroli.

Na każdym gabinecie kartka krzycząca “Szatnia obowiązkowa!”, pobiegłam więc szukać szatni, grzecznie oddaję kurtkę i pytam, czy można razem powiesić parasolkę… malutką, złożoną…
– A siatkę ma?
– Nie maM… ale może pani powiesić razem z kurtką, nic się kurtce nie stanie.
– Tu nie o kurtkę chodzi! Chodzi o podłogę! Jeszcze mi tu kapać będzie!
Chyba wyglądałam na mocno skonsternowaną, ja tu moją najlepszą kurtkę jestem gotowa złożyć w ofierze, a tu mi o podłodze… Chwila ciągnęła się niczym mordoklejka, ochroniarz widząc moją minę zaczął stukać w kartkę z napisem “parasoli i plecaków nie przyjmujemy”, ja pokiwałam zrezygnowana głową i podreptałam w kierunku gabinetu. Polska służbo zdrowia, AJLOWJU.

Wchodzę.

Ewa: Dzień dobry.
Orto: Dzień dobry.
(cisza… cisza…)
E: Hm… nie ma Pan mojej karty? Mam historię leczenia wyciągnąć?
(wyczekujące spojrzenie Orto, ja zaczynam nurkować w torebce)
E: To miała być ostatnia kontrola… złamanie zmęczeniowe…
O: A! Proszę nic nie wyciągać! Wszystko pamiętam! Moja specjalna pacjentka! Biegaczka!
E: Zaiste, to ja.
O: To jakie sporty pani teraz uprawia?
E: Uprawianiem to ja tego nie nazwę, ale jeżdżę na rowerze, pływam i ćwiczę stabilizację.
O: Co pani ćwiczy?
E: Stabilizację… na beretach…
O: A! To świetnie! No dobrze, to zrobimy rentgen i zaraz proszę do mnie wracać.
E: Dobrze, a jeszcze mam takie pytanie… (nawijka o dyskomforcie w kolanie przy skośnych podciągnięciach nogi). Czy to minie?
O: Nie wiem, co mam pani odpowiedzieć.
E: ?!?!?!
O: No, to taka pamiątka po operacji.
E: To ja pójdę na ten rentgen…
Stoję w drzwiach, wtem:
O: No przejdzie, przejdzie, młoda, wysportowana, silna… przejdzie.

Na rentgen poszłam, wracam z płytką, orto wrzuca zdjęcia na wielki ekran i bez słowa stuka w niego długopisem w miejscu złamania. “Nie ma śladu! Zdrowa noga!”. Uff. Wysępiłam też zaświadczenie o zakończeniu leczenia (bez większych problemów, kiedy powiedziałam, że to do ubezpieczenia, ale musiałam się upomnieć), zbieram się do wyjścia.

O: To widzimy się wiosną.
E: Yyy… tak?
O: No, trzeba będzie ten metal wyjąć.
E: TRUPIA BLADOŚĆ
O: Nikt pani nie powiedział?
E: Dzień po operacji usłyszałam, że raczej nie będzie wyciągania…
O: No ja bym wyjął, całe życie przed panią, ale to najwcześniej rok po operacji się robi, więc spotkajmy się na wiosnę i wtedy porozmawiamy.

Pisząc to, przełykam nerwowo ślinę. W sumie chyba bardziej się cieszę niż nie cieszę, bo jednak wolę nie mieć metalu w nodze, niż mieć. Co innego, kiedy coś takiego zakłada się u kogoś po 70-tce, co innego u takiej młodzinki, jak ja ;-). Teraz się pomęczę, wypadnę z gry na jakiś czas, ale potem całe życie ze swoją własną nogą, bez ciała obcego. W dłuższej perspektywie ma to więc sens i tak staram się na to patrzeć. Tylko ta myśl o pooperacyjnym bólu i morfinowym haju…

Teraz: dużo basenu, dużo stabilizacji, dużo kręcenia. Bieganie pewnie zacznę od bieżni w styczniu w Brukseli – duże szanse, że bieżnię będę mieć dostępną 24/7 w mieszkaniu 🙂 A celem numer jeden jest zrobić kurs zimowy w Tatrach pod koniec kwietnia. Inaczej zwariuję, i piszę to zupełnie poważnie. Jeśli wyciąganie ciał obcych ma mieć miejsce w lipcu, to wakacje 2014 też będą bez gór, a ja po prostu tego nie wytrzymam. Dlatego kurs zimowy wczesną wiosną, a przed operacją może skoczę na parę dni w Tatry. Do jesieni wtedy jakoś wytrzymam…

14. Poznań Maraton – zwycięzcy, diamenty… a także królowie, prezydenci i zwierzęta

Poznań. Od momentu, kiedy wysiadłam z pociągu na poznańskim dworcu w piątek wieczorem, poczułam się w Poznaniu fantastycznie. I przez cały wyjazd utwierdzałam się w przekonaniu, że mogłabym w Poznaniu mieszkać. Dochodziła 23.00, na ulicach mnóstwo pomocnych ludzi (każdy, do kogo zwróciłam się o pomoc, z uśmiechem mi jej udzielał), śmiesznie tani bilet weekendowy, bezpiecznie. A w tramwaju studenckie świeżaki podekscytowane kolejną imprezą… Honorata i Tomek odebrali mnie z tramwaju, a jako że studenckie szaleństwa już za nami, to zaszyliśmy się w domu… i prawdopodobnie siedzieliśmy dłużej niż imprezujący studenci 😉 Dodatkowy plus dla Poznania za to, że w ogóle nie bolała mnie noga, nie było tego irytującego kłucia w kolanie – a cały weekend “przełażony”. No fajny ten Poznań, fajny.

W sobotę ustaliliśmy strategię kibicowania – chcieliśmy być w dwóch miejscach, około 30 kilometra i na finiszu. Trasa maratonu na to pozwalała, więc cacy. Pokazałam Honi i Tomkowi listę numerów i osób, których mamy wypatrywać (“Ewa, ilu ty masz znajomych!” :D), obejrzeliśmy jakiś straszny film, po którym dla rozładowania napięcia trzeba było obejrzeć kilka jutubowych hitów, w tym, hit nad hitami. Już wiedzieliśmy, jak trzeba będzie kibicować.

W niedzielę, kiedy o 9.00 zwlekałyśmy się z łóżka, w myślach westchnęłam tylko, kiedy uświadomiłam sobie, że właśnie rusza maraton i tysiące osób są już na nogach od dobrych kilku godzin. Honi stwierdziła, że dlatego właśnie nawet nie bierze się za bieganie, bo maratony startują w niedzielę o 9.00, więc zostanie przy MTB 😉

Na końcu Warszawskiej byłyśmy parę minut po 11.00, po chwili dołączył do nas Tomek z aparatem – poniższe zdjęcia są z przedziału ok. 11.15-11.35 na tym odcinku (w albumie na google + pewnie do 11.45). Panowie (i kilka pań) biegli naprawdę żwawo, niektórzy wręcz wzorcowo odbijali się ze śródstopia i prezentowali piękną linię, inni lekko już dogorywali…

poznan-0014

poznan-0024

poznan-0034

poznan-0038

poznan-0045

poznan-0076

poznan-0093

A kogo my tu mamy? O 11.35 pokazał nam się Błażej, na szczęście biegł naszą stroną, więc mimo braku jednej soczewki, udało mi się go zobaczyć. Jedno krótkie, acz treściwe hasło…

poznan-0104

… i proszę, jaki efekt. Wystarczy porównać z panem na drugim planie, by zrozumieć efekt porządnego dopingu 🙂

poznan-0111

Jeszcze chwilę zagrzewaliśmy do boju biegnących na 3:30, po czym wskoczyliśmy w tramwaj i podjechaliśmy pod Targi. Idziemy sobie wzdłuż barierek finiszowych, mijamy metę, gdy Tomek mówi “A to nie Błażej właśnie przebiega metę?”. Zawróciliśmy więc do strefy oddawania chipów, złapaliśmy Błażeja na kilka słów (no po prostu świecił endorfinami!), popatrzyliśmy na zafoliowanych batmanów i ruszyliśmy na poszukiwanie dobrego miejsca do kibicowania na finiszu. Ostatnia prosta była obłożona, zresztą zależało mi na dodawaniu sił na końcówce, ale niekoniecznie na ostatnich metrach, gdzie doping był wystarczający i uznałam, że i tak większość frunie tam niesiona widokiem mety. Ochroniarz nie chciał nas wypuścić przez bramę (“Organizator powiedział, żeby nie wypuszczać, to nie wypuszczę, to Polska jest, są zasady!”), zaczęłam więc nawijać o złamanej nodze, i że przecież nie będę teraz okrążać całych Targów. Nie podobało mu się to, ale ktoś uchylił bramę i wyszliśmy.

poznan-0146

poznan-0148

Stanęliśmy na wyjściu z ostatniego, podobno masakrycznego podbiegu po kostce, i zaczęliśmy krzyczeć. Kurczę, ale to wkręca… po chwili już nadawałam bez przerwy. Były przybijane piątki, uśmiechy, mniej lub bardziej wylewne podziękowania od biegaczy, a co najmniej kilkanaście osób zmobilizowaliśmy do biegu. Na tym odcinku widzieliśmy Emilię, która z szerokim uśmiechem pobiegła do mety.

poznan-0155

poznan-0165

poznan-0166

poznan-0175

Ja co jakiś czas szeptałam tylko “O nie, oni tak cierpią, nie mogę na to patrzeć”, ocierałam pieczące dłonie, i klaskałam i krzyczałam dalej.

poznan-0179

poznan-0196

poznan-0211

“Dajesz dajesz, nie zwalniamy, walczymy do końca, mocny finisz, ostatnie 200 metrów (chyba było trochę więcej), ogień do mety! Kim jesteś? Jesteś zwycięzcą!”

“Zaraz meta! Tam są pomarańcze i powerade, widziałam, biegnij!”

“Król biegnie!”

poznan-0235

“Zwierzęta górą!”

poznan-0239

W pewnym momencie zobaczyłam biegacza z numerem “1”. Niewiele myśląc, zaczęłam krzyczeć “Biegnie numer jeden! Mocnoooo! Dajesz!”. Honorata i Tomek spojrzeli na mnie z lekką konsternacją, biegacz numer “1” także.
Ja: No co?
Tomek: To był prezydent Poznania… zaraz będzie telefon z biura…
Ja: Taaaak, będą szukać tej osoby, która go tak dopingowała i dostanę nagrodę!
Tomek: Albo karę za znieważenie.
No cóż, na maratonie wszyscy są równi 😉

Tomek poszedł na Targi oglądać rowery, my kibicowałyśmy prawie do końca. Gdy już człapali coraz bardziej zmęczeni biegacze, nagle zza zakrętu wybiegł pan wyglądający bardzo świeżo i profesjonalnie. Zaczęłyśmy do niego krzyczeć, na co on się odwrócił i krzyknął “Spokojnie, ja już drugie okrążenie robię”. Nieźle… zdążyłam jeszcze odkrzyknąć “Tak pan wygląda!”, po czym uświadomiłam sobie, że mógł mnie źle zrozumieć – przesłanie było takie, że wygląda tak “pro”, że nic dziwnego, że śmiga drugie okrążenie i tak dobrze wygląda. Także tego.

Podsumowując – w Poznaniu było genialnie. Pierwszy maraton, podczas którego kibicowałam, ale w porównaniu z innymi biegami, jakie widziałam, było najlepiej. W Brukseli, gdzie było 36 tysięcy biegaczy, doping nie był lepszy. Poznańska atmosfera po prostu kipiała energią i to było czuć. Wszystkim maratończykom gratuluję i chylę czoła. Jesteście diamentami 🙂

A, pełna galeria tu (klik). Większość zdjęć zrobił Tomek, kilka ja i Honi.

Everybody gotują, a na horyzoncie Poznań

Piąteczek, czyli dzień mojego cotygodniowego oczyszczania jednodniowego – oczywistą oczywistością jest więc wpis z zdjęciami jedzenia. Chodzę do kuchni co pięć minut i wzdycham do lodówki.

Kilka dni temu, po raz enty słysząc “to co ona je do chleba?” (skoro nie je mięsa), postanowiłam “coś do chleba” (którego zresztą od miesiąca nie jadłam) zrobić i udokumentować. Niektórym potrzeba twardych dowodów. Przedstawiam więc przepis (to jest za proste, żeby nazywać przepisem…) na pastę z czerwonej fasoli:

czerwona fasola
pietruszka (dużo)
oliwki (u mnie zielone, ale wolałabym czarne)
czosnek
siemię lniane
ziarna (u mnie słonecznik i dynia)
oliwa z oliwek
sól, pieprz

Ziarna można, ale nie trzeba, uprażyć. Ugotowaną fasolę i pozostałe składniki wrzucamy do blendera, miksujemy, w zależności od konsystencji dodajemy oliwę, doprawiamy.

A, przestroga. Chciałam być fajna i pochwalić się, jakich to zdrowych produktów używam, tymczasem muszę zasugerować ostrożność. Choć mam wrażenie i nadzieję, że czytelnicy tego blogu są bardziej ogarnięci od autorki i zanim użyją nieznanego produktu, wcześniej upewnią się, czy się ów produkt nadaje… Do pasty należy dodać, dla uzyskania odpowiedniej konsystencji, niewielką ilość oliwy z oliwek (lub oleju rzepakowego). Jakimś trafem oliwa mi się skończyła, olej był schowany głęboko w szafce, a wyciągając sól i pieprz z szafki natrafiłam na nieznane mi wcześniej oleje: z czarnuszki i ostropestu. Niewiele myśląc, wlałam trochę do blendera… Owszem, pobiegłam do komputera sprawdzić, czy to nie trucizna, pobieżne spojrzenie wystarczyło, żebym zobaczyła mnóstwo “zdrowych” stron – no to trzeba lać! Uhm… błąd. Pasta wyszła smaczna, ale… coś z nią było nie tak. Uznałam, że lekka goryczka to sprawka pietruszki (nie wiem, skąd ten pomysł) lub prażonych ziaren (mam wyobraźnię). Minęło kilka dni, chciałam skropić sobie oliwą pomidory, chwyciłam olej z czarnuszki, a po chwili plułam pomidorem po całej kuchni. To ta gorycz, to ten smak! Kończąc ten wywód – nie popełniajcie mojego błędu. A olej z czarnuszki jest bardzo zdrowy i antyrakowy i w ogóle, ale zażywa się go raczej jak tran 😉

cooking3-0019

cooking3-0022

A tu resztka sycylijskiej oliwy – szkoda, że tak okrutnie zdusiłam jej smak 😉

cooking3-0023

Czosnek też obwiniałam o gorycz. Nieładnie.

cooking3-0025

Przed:

cooking3-0032

Po:

cooking3-0043

A na deser i osłodę smoothie: banan + mrożone wiśnie. Pyszności.

cooking3-0047

Na koniec małe ogłoszenie parafialne. Wielkimi krokami zbliża się Maraton Poznań. Tak się wspaniale składa, że będę w tym czasie w stolicy Wielkopolski i zamierzam gdzieś na trasie biegu stać, pokrzykiwać, machać kończynami i na inne sposoby zagrzewać maratończyków do walki. Jeśli biegniecie lub będziecie kibicować, to chętnie powspieram lub poznam 🙂 Część towarzystwa już się zgłosiła na fejsbuku, dziękuję, zanotowałam, co trzeba. Jeśli ktoś chce dodatkowego kibicującego gardła i dłoni, to śmiało: poproszę numer startowy, czas na jaki biegniecie (bardzo orientacyjnie, żebym wiedziała, na jak długo mogę się zamyślić po przebiegnięciu elity), a jak wiecie, w czym będziecie biec, to już w ogóle perfetto.